To jest materiał na „dziesiątkę”!

GKS Katowice - Chrobry Glogow
 /  fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Gdyby w II połowie potyczki z Chrobrym wykorzystał znakomitą okazję, zostałby „piłkarzem meczu”. I tak jednak okazał się jego odkryciem - przynajmniej ze względu na rolę, jaką (udanie) wypełniał na boisku.

Mowa o Arminie Cerimagiciu oczywiście. Tydzień wcześniej jego przytomność umysłu - i pierwszy gol w szeregach GieKSy - dała katowiczanom dodatkowego „kopa” na ostatnie minuty gry ze Stalą i omal nie pozwoliła gościom wywieźć z Mielca punktu. Jak w wielu wcześniejszych przypadkach, Bośniak wchodził wówczas na murawę w końcówce spotkania, z trudnym zadaniem poderwania drużyny do walki. W spotkaniu z „miedziowymi” wyszedł już w pierwszej jedenastce, i to w zupełnie nowej roli. Nowej w GKS-sie, bo przecież nie będącej nowością dla niego samego. - Zawsze powtarzałem, że w kraju - zwłaszcza w reprezentacji młodzieżowej - często grywałem jako „dziesiątka”. Dobrze się czuję w tej roli. Bo ja po prostu... lubię mieć piłkę przy nodze - wyjaśnia Cerimagić.

 

Klękali nawet Anglicy
O tych jego zaletach i umiejętnościach w Polsce wiedzą znakomicie. - Jakąż piękną bramkę strzelił Anglikom - Jan Żurek, który - jeszcze przed sprowadzeniem zawodnika na Roosevelta - najpierw oglądał jego występy w bośniackiej młodzieżówce, wciąż cmoka z zachwytu. Przez kilka miesięcy - jako trener pierwszej drużyny - miał zresztą wpływ na boiskowe losy chłopaka. Najczęściej ustawiał go na lewej pomocy, z „incydentami” nawet na boku obrony. - Armin, ze względu na umiejętności techniczne i taktyczne, jest wszechstronnym piłkarzem. Musi grać na różnych pozycjach, żeby się rozwijać. A defensywa? Miewał problemy z zadaniami obronny, więc... chciałem go ich nauczyć - wyjaśnia Żurek.

 

Ambicja zżera... za bardzo
„Ceri” grywał u niego więcej niż u jakiegokolwiek innego trenera w Polsce. Ale moment na naukę był kiepski: Górnik bronił się (nieskutecznie) przed spadkiem z ekstraklasy. A po nim - prócz presji - doszła jeszcze jedna niekorzystna okoliczność: przepisy. W Zabrzu jesienią 2016 roku obcokrajowcem numer 1 spoza Unii Europejskiej był Ołeksandr Szeweluchin. Armin „uciekł” więc od formalnych obostrzeń do GKS-u Katowice, licząc na szybkie przyznanie obywatelstwa polskiego Andrei Prokiciowi. Ale sprawa Serba utknęła na dobre w kancelarii Prezydenta RP i Bośniak... znów był i jest „tym drugim”. A jak już dostawał szansę, to... znów tylko na skrzydle. - Tak postrzegał go nasz ówczesny dyrektor sportowy, Dariusz Motała. Trener Jerzy Brzęczek zaś doceniał wszechstronność zawodnika, ale... „dziesiątka” była zarezerwowana dla dobrze wtedy grającego Tomasza Foszmańczyka - przypomina były prezes GieKSy, Wojciech Cygan. Wiele wówczas rozmawiał z Bośniakiem o jego sytuacji. - Na pewno to przesympatyczny i spokojny chłopak. Szalenie ambitny i ta ambicja - mam wrażenie - czasami zżerała go za bardzo. Traci chłodny osąd swych możliwości - dodaje. Doprowadzało to do sytuacji, w której - wysłany w bój - „spalał się”. U Piotra Mandrysza w pierwszym sparingu - z Odrą Opole - wystawiony został w roli ofensywnego pomocnika. Nie wypadł jednak dobrze. Ta najbardziej radykalna - choć niewypowiedziana publicznie - ocena jego gry brzmiała wówczas: „To zaprzeczenie bycia dziesiątką”...

 

Musi wierzyć w siebie!
- Prawdą jest, że Armin do tej pory - moim zdaniem - nie wykorzystywał w pełni skali swego talentu. Trochę z powodu pecha, czyli licznych kontuzji, a trochę - długiej aklimatyzacji w nowym otoczeniu. Teraz jednak ma już poukładane życie - ocenia Jan Żurek. Czy więc Cerimagić - pod nieobecność „Fosy” i wobec słabszej dyspozycji Dawida Plizgi - może rozwiązać problemy katowiczan z playmakerem? - To jest materiał na „dziesiątkę”! - odpowiada nasz rozmówca. - Musi tylko bardziej wierzyć w siebie!

 

 

Liczba bośniacka
7
- tyle spotkań (5 w pierwszej jedenastce) rozegrał Armin Cerimagić w rundzie wiosennej w GieKSie...
6
-... a tyle ma ich na koncie (2 w wyjściowym składzie) po dziesięciu jesiennych kolejkach I ligi.

 

Z tej samej kategorii