Jakub Kowalski: Może los spłata figla

- Postanowiłem zostać w Tychach i walczyć. Trochę żałuję, że przez kilka miesięcy byłem w rezerwach, skoro niczego złego nie zrobiłem. Stałem się takim kozłem ofiarnym. Mam nadzieję, że to już jest za mną - mówi pomocniki GKS-u Tychy, który po półrocznym pobycie w rezerwach został przywrócony do kadry pierwszoligowego zespołu.

Pilka nozna. Sparing. GKS Tychy - SFC Opava. 02.02.2018
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

MACIEJ GRYGIERCZYK: Ostatnie pół roku spędził pan w IV-ligowych rezerwach, gdzie został pan przesunięty przed sezonem. Jak to się stało, że wrócił pan do kadry pierwszej drużyny?

JAKUB KOWALSKI: - Nie ukrywam, że tej zimy szukaliśmy czegoś z moim menedżerem. Tak, aby GKS nie musiał mi płacić pieniędzy za to, że siedzę w rezerwach. Nie jestem człowiekiem, który będzie pobierał pensję za nic. Zaznaczę jednak, że schodząc do rezerw, trenowałem i grałem na sto procent. Nie zachowywałem się tak, jakbym był tam za karę. Dawałem z siebie wszystko, starałem się pomagać młodym chłopakom. Sytuacja była taka, że po rundzie jesiennej nie potrafiłem znaleźć nowego klubu. Dyrektor Bizacki powiedział mi, że porozmawia w takim razie z trenerem Tarasiewiczem. Skoro i tak prawdopodobne było, że nie odejdę, to niech sztab przynajmniej obejrzy mnie przez dwa tygodnie w pierwszej drużynie - a jeśli dobrze się pokażę, to pojadę na obóz i wrócę do pierwszoligowej kadry. Tak się stało.

 

Latem też nie był pan w stanie znaleźć klubu?

JAKUB KOWALSKI: - Było trochę nieporozumień z byłym trenerem i byłym dyrektorem sportowym. Trener Szatałow wraz z kilkoma innymi osobami po prostu mnie przeciągnął. Nie chcę jednak o tym jeszcze teraz mówić. To, że jestem niepotrzebny, usłyszałem na kilka dni przed startem sezonu. Zacząłem szukać klubu, ale kadry wszystkich zespołów były już praktycznie pozamykane, wyjściowe jedenastki – niemalże ustalone. Za chwilę miały być rozgrywane pierwsze mecze… By gdziekolwiek się przebić, pewnie potrzebowałbym pół rundy. Bez sensu było więc gdzieś iść i siedzieć na ławce. Postanowiłem zostać w Tychach i walczyć. Trochę żałuję, że przez kilka miesięcy byłem w rezerwach, skoro niczego złego nie zrobiłem. Stałem się takim kozłem ofiarnym. Mam nadzieję, że to już jest za mną. Przetrwałem, teraz dostaję czystą kartę od trenera Tarasiewicza, dla którego jestem tak naprawdę nowym zawodnikiem.

 

Przesunięcie do rezerw było dużym ciosem?

JAKUB KOWALSKI: - Bardzo. Może wyłączając Kubę Świerczoka i Łukasza Grzeszczyka, gra nam się przecież w poprzednim sezonie nie układała. Koniec końców jednak, cel, czyli utrzymanie, został wywalczony. Grałem w meczach, dawałem z siebie wszystko i też pomogłem drużynie się utrzymać. Wiadomo, że gdy latem 2016 przychodziłem do Tychów, to myślało się o innych celach. Nie jestem szczęśliwy, że walczyliśmy o uniknięcie spadku, ale tak to się potoczyło. Koniec końców, ważne, że się utrzymaliśmy.

 

Jak wyglądał pobyt w rezerwach?

JAKUB KOWALSKI: - Początkowo, gdy zostałem zesłany, nie brano mnie nawet pod uwagę do gry w czwartej lidze. Sam poszedłem do trenera Tomasza Wolaka z zapytaniem, czy by się to dało załatwić. Skoro trener Szatałow nie widział mnie w pierwszej drużynie – OK, ale nie zrobiłem niczego takiego, by w ogóle zabraniać mi grać w piłkę! To mój zawód, kocham to robić. Wyszło jak wyszło. Trener Wolak porozmawiał z prezesem i pozwolono mi grać, za co dziękuję. Miałem taki cel, by z czasem przywrócono mnie do pierwszego zespołu. Myślałem, że stanie się to szybciej, ale niestety dopiero trener Tarasiewicz i dyrektor Bizacki wyciągnęli do mnie pomocną dłoń. Mam nadzieję, że to wykorzystam.

 

Ułożyło się dla pana dobrze. Mieszka pan w Bielsku-Białej, dlatego zostaje pan na miejscu.

JAKUB KOWALSKI: - Przychodząc do Tychów z Podbeskidzia, podpisałem kontrakt na dwa lata. Od razu mówiłem, że jeśli tylko będzie się dało, to chciałbym nawet pograć w GKS-ie dłużej. Moje losy tak się potoczyły, że po pierwszym sezonie, kolejne pół roku spędziłem w rezerwach, ale teraz mam czystą kartę. Czas pokaże. Może los spłata figla? Byłem w czwartej lidze, a może teraz pogram w pierwszym składzie i trener Tarasiewicz będzie chciał, bym przedłużył kontrakt? Tak daleko w przyszłość jednak nie wybiegam. Minęło raptem kilkanaście dni od mojego powrotu do treningów z zespołem, dlatego staram się dopiero zaskarbić zaufanie szkoleniowca.

 

Jak trudno będzie wiosną utrzymać się w pierwszej lidze?

JAKUB KOWALSKI: - Łatwo nie będzie, bo stawka jest wyrównana. Patrząc jednak na naszą kadrę, na personalia, po prostu nie ma możliwości, żebyśmy się nie utrzymali. Widzę to, co powoli zaczynamy grać teraz. Nie będzie źle. Nie z tymi ludźmi, tymi nazwiskami, tą jakością. No nie ma opcji, żebyśmy spadli!

 

Z tej samej kategorii