Trenera Pniówka irytowała gra obronna jego drużyny

Za postawę w rundzie jesiennej szkoleniowiec trzecioligowca z Pawłowic Śląskich Jan Woś wystawił swojej drużynie trójkę z plusem. Z pamięci chciałby wymazać przede wszystkim przegrany na własnym boisku mecz z Polonią Głubczyce. Cieszyły go natomiast wyjazdowe zwycięstwa z rekordem Bielsko-Biała, Górnikiem II Zabrze i Unią Turza Śląska.

Jan Woś
 /  fot. Mirosław Szozda  /  źródło: 400mm

BOGDAN NATHER: Jaką ocenę wystawiłby pan swojej drużynie za postawę w rundzie jesiennej?
JAN WOŚ: - Z czystym sumieniem mogę postawić trzy plus. Pomijam nasze problemy kadrowe, wynikające z plagi kontuzji, ale stanowczo zbyt dużo straciliśmy bramek. Nasza skuteczność także pozostawiała wiele do życzenia. Runda jesienna toczyła się w ciężkich bólach, w naszej grze bardzo często nie było gładkiego recytowania, tylko zapominanie tekstu.


Z czego był pan najbardziej zadowolony?
JAN WOŚ: - Zadowolony jestem z tych meczów, w których przegrywaliśmy 0:2, mimo to potrafiliśmy zdobyć punkty. Mam na myśli wygrane 3:2 spotkanie z Miedzią Legnica, czy zremisowany 3:3 mecz ze Ślęzą Wrocław. Może to głupio teraz zabrzmi, ale zadowolony jestem z wygranych spotkań wyjazdowych, których było sporo. Zwycięstwa z Rekordem (4:1), Górnikiem II Zabrze (2:1), czy z Unią Turza Śląska (1:0). W tym ostatnim musieliśmy sobie radzić bez naszych kluczowych graczy - Rafała Adamka, Michała Szczyrby, Kamila Kosteckiego i Szymona Ciuberka.


Mankamentów też było mnóstwo. Które najbardziej pana irytowały?
JAN WOŚ: - Zdecydowanie gra obronna całego zespołu, nie tylko bloku defensywnego. Straciliśmy aż 30 goli i marna to pociecha, że strzeliliśmy 23 bramki. Jesienią w III lidze nie brakowało wyników 4:1, 3:2, 4:2, 5:1, 5:2, a Ślęza wygrała z Falubazem aż 6:2. Czyli dominował „radosny” futbol. Drugim denerwującym elementem była nasza skuteczność. Gdyby nie „Szato”, czyli Mateusz Szatkowski, który zdobył 9 goli, to leżymy.


Mecz, który chciałby pan wymazać z pamięci?
JAN WOŚ: - Nie mam żadnych wątpliwości, że przegrany u siebie 0:2 z Polonią Głubczyce. Ta porażka spowodowała ogromne zamieszanie w naszych szeregach, wszyscy na wszystkich obrazili się. Moi piłkarze ten mecz wygrali już przed pierwszym gwizdkiem sędziego, tymczasem na boisku prezentowaliśmy się katastrofalnie.


Był pan zadowolony z młodzieżowców?
JAN WOŚ: - Wolałbym, żeby ich gra wyglądała lepiej, a przede wszystkim, by zmienili podejście do swoich obowiązków, nie tylko na boisku. Nie mogę złego słowa powiedzieć na Maćka Gaszkę i Jacka Wuwera, gdybym to zrobił, obraziłbym ich. Ale przepis o młodzieżowcach jest chybiony, nie przystający do rzeczywistości. Wielu z nich „ciągnie się za uszy”, ich obecność wiąże trenerom ręce. Powinni grać najlepsi, bez względu na wiek. A oni grają, bo tak stanowią przepisy, niczego nie wnosząc do drużyny, nie robią postępów. Czy to ma sens?


Podzielam pański pogląd. Młody zawodnik jeżeli ma umiejętności, to będzie grał i wygryzie ze składu weterana, jeżeli jest od niego lepszy. Trener musiałby być idiotą, by stawiać na słabszego zawodnika. Ale zmieńmy temat. Pozbycie się obu bramkarzy w jednym momencie po zakończeniu rundy jesiennej to dosyć ryzykowny krok…
JAN WOŚ: - Myślę, że jest to ryzyko, ale nie chcę się nad tym rozwodzić. Muszę zgodzić się z wiceprezesem naszego klubu Rafałem Wadasem, że ani Kuba Świerczek, ani Tomek Michalik nie pomogli nam wygrać żadnego meczu. Nie twierdzę, że nagminnie robili „babole”, nie mogę mieć pretensji o ich umiejętności, ale generalnie szału nie było. Doszedł do nas Bartosz Gocyk, czekam na drugiego golkipera. Jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten szampana nie pije.


Rezygnacja z tak doświadczonych zawodników, jak Kamil Kostecki i Arkadiusz Lalko, to rozważne posunięcie? W tym momencie podaliście rękę Unii Turza Śląska, która jest waszym konkurentem w walce o utrzymanie w III lidze.
JAN WOŚ: - Koniecznie chce mnie pan zapędzić do narożnika, ale będę się bronił. Rezygnacja z tych zawodników to pewnego rodzaju poligon doświadczalny. Naturalnym rozwojem drużyny jest sytuacja, gdy odchodzą ci zawodnicy, którzy grają mało, zaś ci którzy dochodzą, „wygryzają” z podstawowej jedenastki dotychczasowych pewniaków. Zarząd klubu podjął pewne decyzje natury personalnej, ja muszę je zaakceptować i podporządkować się im.


Po raz pierwszy od trzech lat wyjedziecie zimą na zgrupowanie. Tygodniowy pobyt w ośrodku „Start” w Wiśle poważnie zwiększy szanse Pniówka na w miarę spokojną rundę wiosenną?
JAN WOŚ: - Pomijając korzyści szkoleniowe, zgrupowanie jest doskonałą formą integracji zespołu. Piłkarze nie muszą się lubić, ale powinni nawzajem się szanować. Idealnie byłoby, gdyby oprócz szacunku były między nimi więzy koleżeńskie, czy nawet przyjacielskie. Proszę zobaczyć, jakie to dało efekty w pobliskim Jastrzębiu, gdzie tamtejszy GKS awansował do II ligi i jesienią rozdawał w niej karty. Wracając zaś do zgrupowania - to pierwszy taki przypadek, odkąd pracuję w Pawłowicach i zarządowi klubu należą się od nas ukłony i podziękowania.


Pańskiej drużyny nie stać na nic więcej, tylko miejsce w środku tabeli, a raczej bliżej strefy spadkowej?
JAN WOŚ: - Gdyby udało nam się zatrzymać Bartka Semeniuka, który odszedł do GKS-u Jastrzębie, gdybym miał w kadrze więcej zawodników pokroju Mateusza Szatkowskiego, to Pniówek byłby blisko podium. Ale skoro trudno takich pozyskać i zatrzymać, to ciężko jest walczyć o coś więcej niż utrzymanie.

Z tej samej kategorii