Człowiek ze stali - dosłownie i w przenośni. Poznajcie Marcina Nowackiego

Czuję się jak 25-latek, a gra w piłkę nadal sprawia mi ogromną radość. Nie znaczy to jednak, że trzymam się boiska, bo nie mam pomysłu na życie po ostatnim gwizdku - mówi kapitan drużyny z Brzegu, lidera tabeli III grupy III ligi.

Marcin Nowacki
 fot. Mirosław Szozda  /  źródło: SPORT

Kiedy latem 2016 roku Marcin Nowacki przychodził do Stali Brzeg, nie brakowało komentarzy, że 35-letni pomocnik wraca po 15 latach do domu, żeby „odcinać kupony” od sławy. Urodzony 12 marca 1981 roku zawodnik, mający za sobą występ w reprezentacji Polski oraz 157 spotkań i 14 goli na boiskach ekstraklasy, nie zamierza jednak przechodzić na sportową emeryturę. Świadczą o tym zarówno jego indywidualne statystyki, bo 46 meczach na III-ligowych zdobył 18 bramek, jak i miejsce zespołu, którego jest kapitanem. Pozycja lidera po 15 kolejkach nie jest dziełem przypadku.

 

Jak oceni pan swój występ w ostatnim meczu z Gwarkiem Tarnowskie Góry?

MARCIN NOWACKI: - Nasz zespół rozegrał jedno z lepszych spotkań w tym sezonie. Gwarek przyjechał grać otwartą piłkę i kibice zobaczyli naprawdę ciekawe widowisko, emocjonujące do ostatnich sekund. Śmiało można powiedzieć, że był to mecz na solidnym, II-ligowym poziomie. Obydwie drużyny chciały wygrać. Nie kalkulowały, a ponieważ mają zawodników o wysokich umiejętnościach, było co oglądać. Jeżeli zaś chodzi o moją grę, to byłbym bardziej zadowolony, gdybym do zwycięstwa dorzucił hat trick. Przy stanie 2:2 nie wykorzystałem jednak karnego. Przekombinowałem. Zaplanowałem uderzenie podcinką i czekałem na ruch bramkarza. W ostatniej chwili jednak zmieniłem decyzję i strzeliłem w ten sam róg co przy karnym sprzed przerwy. W dodatku piłka leciała na wysokości, która ułatwiła bramkarzowi interwencję. Na szczęście 15 minut później strzeliłem gola, kończąc akcję Wojtka Jurka i prowadziliśmy 3:2. Gdybym trafił z karnego, miałbym pierwszy hat trick w życiu, a w dodatku nie byłoby nerwowej końcówki, w której po niewykorzystanym przez Dawida Jarkę karnym w 90 minucie wróciliśmy z piekła do nieba. Kontra w ostatniej akcji meczu, po 50-metrowej szarży Dominika Bronisławskiego, postawiła pieczęć na zwycięstwie 4:2.

 

Co pan czuje, słysząc na swój temat określenie „pierwszy z Brzegu”?

MARCIN NOWACKI: - (śmiech) Na pewno się nie obrażam, choć nie wiem czy w annałach piłki nożnej w naszym mieście nie ma kogoś, kto jako pierwszy zagrał w ekstraklasie. Dumny jestem z tego, że jestem pierwszym reprezentantem Polski urodzonym i wychowanym w Brzegu. Można też o mnie mówić „człowiek ze Stali”, bo w tym klubie - jako 11-latek - zaczynałem swoją piłkarską przygodę. Mając 19 lat, przeszedłem do Odry Wodzisław, w której zadebiutowałem najpierw w wygranym 1:0 wyjazdowym spotkaniu Pucharu Polski z Lechem Poznań, a później w ekstraklasie, w przegranym 0:4 wyjazdowym meczu z Amiką Wronki. W sumie uzbierało się 157 występów, a mogłoby być ich więcej. Trochę żałuję, że w wieku 29 lat dałem się namówić na przejście z Ruchu Chorzów do Wisły Płock, bo mogłem jeszcze zostać na boiskach najwyższej klasy rozgrywkowej.

 

Który mecz ze swojej kariery wspomina pan najchętniej?

MARCIN NOWACKI: - Największym przeżyciem był na pewno występ w drużynie narodowej. Zacznę od tego, że powołanie stanowiło dla mnie ogromne zaskoczenie. Siedziałem na zajęciach w Raciborzu, gdzie studiowaliśmy razem z Darkiem Kłusem i Wojtkiem Dzierżengą, aż tu zatelefonował dziennikarz z informacją, że znalazłem się w reprezentacji. Nie mieściło mi się to w głowie i dopiero wieczorem - oglądając wiadomości sportowe w telewizji, zobaczyłem swoje nazwisko na ekranie - dotarło do mnie, że Paweł Janas rzeczywiście chce mnie w swoim zespole. Polecieliśmy do Hiszpanii i 21 lutego 2004 roku, wchodząc na boisko w II połowie, jako zmiennik Damiana Gorawskiego, miałem swój udział w zwycięstwie 6:0 z Wyspami Owczymi. A z ligowych spotkań natomiast najbardziej utkwił mi w pamięci mecz Ruchu Chorzów z Górnikiem Zabrze na Stadionie Śląskim. To był mój drugi występ w chorzowskiej drużynie, która 2 marca 2008 roku - w obecności ponad 40 tysięcy kibiców - wygrała derby 3:2, a ja strzeliłem gola na 3:1.

 

Chętnie wraca pan do tych wspomnień?

MARCIN NOWACKI: - Żona, gdy byłem na jednym ze zgrupowań, zrobiła remont w mieszkaniu, urządzając mi „Hall of fame”, w którym wiszą koszulki; i ta z występu w reprezentacji i te z klubów, w których grałem oraz piłkarskie trofea. Najchętniej oglądają je jednak synowie: 12-letni Szymon, który jest w... mojej drużynie, bo prowadzę zespół rocznika 2005 oraz 9-letni Filip, również zgłaszający piłkarskie aspiracje.

 

Jak pan traktuje grę w Stali?

MARCIN NOWACKI: - Wróciłem do rodzinnego miasta. Mojego i rodziny, bo żona pochodzi z tego samego osiedla. Anię poznałem gdy byliśmy nastolatkami i zawsze tu był nasz dom, choć mieszkaliśmy tam, gdzie przyszło mi grać. Dopiero gdy Szymek poszedł do szkoły, żona przeprowadziła się do Brzegu, a ja byłem w domu najczęściej jak tylko się dało. Wreszcie po rozmowach z dyrektorem sportowym Januszem Dziurą i burmistrzem Brzegu Jerzym Wrębiakiem, który był moim trenerem w czasach trampkarskich, a teraz często zagląda na nasze treningi i jest niemal na każdym meczu na naszym stadionie, uznałem, że jest po co wracać. Dlatego podziękowałem władzom MKS-u Kluczbork, które latem 2014 roku wyciągnęły do mnie rękę i po kontuzji zerwania ścięgna Achillesa, wierząc mi na słowo, że jestem już gotowy do gry, podpisały ze mną 2-letni kontrakt. Na 3 miesiące przed jego wygaśnięciem zakomunikowałem, że w lipcu 2016 roku wrócę do Stali, bo zobaczyłem, że są ludzie, którzy mają pomysł na piłkę.

 

Wszystko układa się po pańskiej myśli?

MARCIN NOWACKI: - Nawet lepiej! Sam się zastanawiam, dlaczego jest aż tak dobrze, skoro odżywiam się tak samo, prowadzę ten sam styl życia, trenuję na 100 procent. Może to, że jestem u siebie tak działa... Rozegrałem w Stali 46 trzecioligowych spotkań i mam na koncie 18 goli. Jesteśmy liderem III ligi, w której grają bardzo solidne drużyny i naprawdę dobrzy piłkarze. Mamy dobrą bazę. Postaramy się dokończyć rundę jesienną z jak najlepszym dorobkiem, koncentrując się na wyjazdowym meczu w Żmigrodzie oraz kończącym tegoroczne występy spotkaniu z Zagłębiem II Lubin u nas. Chcemy po nim usiąść i porozmawiać, o co mamy grać wiosną. Jeżeli otrzymamy sygnał, że walczymy o awans, to zrobimy wszystko, by wprowadzić Stal na szczebel centralny. Uważam, że klub i miasto na to zasługują.

 

Będzie pan chciał zagrać razem z synem?

MARCIN NOWACKI: - Wiem, że w Unii Turza Śląska grają Darek i Dawid Pawlusińscy, ale Szymon do wieku seniora ma jeszcze kilka lat. Nie mówię jednak nie. Chcę grać dopóki nie zobaczę, że młodsi koledzy z drużyny są na równi ze mną, albo zaczynają mnie wyprzedzać. Na razie zdrowie dopisuje, a na beep teście (wahadłowy bieg na odcinku 20 metrów między pachołkami - przyp. red.) zrobiłem trzeci wynik w zespole. Czuję się jak 25-latek, a gra w piłkę nadal sprawia mi ogromną radość. Nie znaczy to jednak, że trzymam się boiska, bo nie mam pomysłu na życie po ostatnim gwizdku. Mam. W niedzielę skończyłem kurs trenerski UEFA A i myślę o kolejnym kroku. Zanim zdobędę licencję UEA Pro, będę już chyba magistrem, bo studiuję w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Brzegu. Jestem na drugim roku pedagogiki. Po zakończeniu gry chcę nadal działać w piłce i przekazywać swoje doświadczenia oraz dzielić się swoimi pomysłami.

 

Z tej samej kategorii