Wojciech Pawłowski: W Rozwoju jest coś rzadko spotykanego

Wojciech Pawłowski
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: Fokusmedia

- Mamy naprawdę znakomitą atmosferę w szatni, a w takiej sytuacji najłatwiej pokazuje się atuty – mówi bramkarz wypożyczony z Udinese.

Wojciech Pawłowski niejedno w piłkarskim życiu widział. Był w Lechii Gdańsk, Śląsku Wrocław, ale i włoskim Udinese. Gdy zimą los rzucił go na wypożyczenie do małego katowickiego klubu, nie psioczył, tylko podszedł do sprawy z optymizmem. I natychmiast stał się jednym z dobrych duchów zespołu.
- Jesteśmy bardzo dobrym, zgranym zespołem i mamy naprawdę znakomitą atmosferę w szatni, a w takiej sytuacji najłatwiej pokazuje się atuty. Dobrze wiemy, że nie mamy wielkich pieniędzy, w porównaniu z innymi klubami tej ligi. Twierdzę jednak, że w sporcie najważniejsza jest atmosfera i szacunek – podkreśla 23-latek.


I dodaje: - Jestem w Rozwoju niecałe trzy miesiące. To naprawdę rzadko spotykane, by w tak małym zespole, tak małym klubie, był taki klimat. Czy ktoś jest młody, czy stary, czy ma więcej kasy, czy mniej, czy gdzieś już wyżej grał, czy dopiero zaczyna… Jest wzajemny szacunek, a na tym się buduje zespół. Już naprawdę dużo w swoim życiu przeszedłem, więc mogę się na ten temat wypowiedzieć. Pieniądze to nie wszystko. Spotykałem się z różnymi sytuacjami w zespołach. Jeśli w Rozwoju tak to będzie wyglądało do końca sezonu, to jestem spokojny o utrzymanie.

Słowa Pawłowskiego potwierdzają na razie boiskowe wyniki. W czterech tegorocznych meczach katowiczanie zgarnęli 9 punktów. I choć trzy z nich kosztem wycofanego z rozgrywek Dolcanu Ząbki, to wygrane ze Stomilem Olsztyn i Chojniczanką, które pozwoliły opuścić strefę spadkową, mają swoją wymowę.

- Po porażce w Bytowie słyszałem od różnych osób, że postawili przy Rozwoju minus, ale potrafiliśmy się podnieść – przyznaje Pawłowski.

On sam prezentuje się póki co solidnie, choć jeszcze czystego konta w tym roku nie zachował.
- Wychodzę na mecz z założeniem, bym dobrze czuł się w bramce, pokazał z dobrej strony, a drużyna zdobyła trzy punkty. Czy będzie na zero, czy 5:4 – bez znaczenia. Ważne, żebym nie popełniał błędów. Jeśli miałbym myśleć nad tym, by nie puścić gola, to tylko wprowadzałbym do głowy niepotrzebną myśl – tłumaczy swoją filozofię bramkarz, przez kolegów nazywany… "Szymkiem".

- Kapitan Tomek Wróbel powiedział, że znał dotąd jednego Pawłowskiego i był to Szymon. Przydzielono mi więc taką ksywę, ale to oczywiście żartobliwie. Nie mam z tym problemu – uśmiecha się golkiper Udinese, wypożyczony do Rozwoju do końca sezonu.

Czy Wojciech Pawłowski zagra jeszcze kiedyś w ekstraklasie?
Plebiscyt PS
Z tej samej kategorii