Seweryn Gancarczyk: Cały czas czerpię z tego radość

- Ważny jest profesjonalizm. Pracuję dla siebie - tak, by w każdym momencie móc wejść na boisko i zagrać mecz. Trzeba czekać na swój czas i być przygotowanym na to, by go wykorzystać

SEWERYN GANCARCZYK
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

MACIEJ GRYGIERCZYK: W tym roku skończy pan 37 lat. Jeszcze się panu chce grać w piłkę?

SEWERYN GANCARCZYK: - Tak. Nawet przez kilka sekund nie myślałem o zawieszeniu butów na kołek. Bardzo się cieszę, że trafiłem do Rozwoju, w którym nie brakuje młodych zawodników. Można fajnie pracować.

 

Pański kontrakt z GKS-em Tychy wygasł 31 grudnia, ale minęły niemal dwa tygodnie, nim klub ogłosił rozstanie.

SEWERYN GANCARCZYK: - Z tego co wiem, sztab szkoleniowy był za tym, żebym został, ale prezes i rada nadzorcza już nie. Temat GKS-u zamykam i skupiam się na dobrym przygotowaniu do wiosny w II lidze.

 

Jak można podsumować tę 2,5-letnią przygodę w Tychach?

SEWERYN GANCARCZYK: - Awans do I ligi był fajnym czasem. Potem, gdy się w niej znaleźliśmy, walczyliśmy o utrzymanie. Sądzę jednak, że GKS ma na tyle dobrych piłkarzy, by bić się o pierwszą piątkę, o awans, a nie o uniknięcie spadku. Prezes Bednarski, powinien się nad tym zastanowić. Zatrudnia się ekstraklasowych trenerów, wyróżniających się w I lidze zawodników, czasami z przeszłością ekstraklasową, a jako całość nie daje to rady. Nie wiem, co jest tego przyczyną, ale teraz to już nie mój problem. Życzę chłopakom wszystkiego najlepszego, ale… coś jest na rzeczy.

 

Grał pan w poważną piłkę na Ukrainie, w reprezentacji Polski, a teraz trafił pan do II ligi. Trudno przestawić głowę, by czerpać radość z gry na takim poziomie, gdy wcześniej tyle się widziało?

SEWERYN GANCARCZYK: - Cały czas czerpię z tego radość. Gdyby było inaczej, nie miałoby to sensu. Ważny jest profesjonalizm. Pracuję dla siebie - tak, by w każdym momencie móc wejść na boisko i zagrać mecz. Trzeba czekać na swój czas i być przygotowanym na to, by go wykorzystać.

 

Czy katowickiej młodzieży przyda się ktoś w rodzaju ojca, mentora?

SEWERYN GANCARCZYK: - Czas pokaże. Tu jest fajna, ciekawa drużyna. Jeździłem zresztą na niektóre mecze, oglądałem. Zarząd postawił na zawodnika bardziej doświadczonego, by powstała mieszanka. Życzyłbym sobie, by okazała się wybuchowa; byśmy dobrze zaczęli tę drugą rundę i wygrywali mecze. Celem jest utrzymanie i będę robił wszystko, by to zadanie zostało spełnione.

 

Syn, Aleks, grający w drużynie rocznika 2008 akademii Rozwoju, miał wpływ na decyzję?

SEWERYN GANCARCZYK: - Kiedy dowiedział się, że jest temat moich przenosin do Rozwoju, na pewno nie był przeciwny. To cieszy, ale też pokazuje, że człowiek się starzeje, jeśli już z synem chce grać w jednym klubie (śmiech).

 

Zabrze, Tychy, teraz Katowice... Pochodzi pan z Podkarpacia, ale zadomowił się na Śląsku.

SEWERYN GANCARCZYK: - Fakt, choć nigdy nie sądziłem, że tu wyląduję i będę mieszkał. Zanosi się na to, że już chyba tu zostanę. Życie pokazuje liczne oblicza, piłka jest przewrotna. Gdzie cię chcą, tam jeździsz, a czasami cierpi na tym rodzina. Tym bardziej cieszę się, że na Śląsku złapałem trochę stabilizacji.

 

Jest pan w stanie wskazać najlepszego piłkarza, z jakim dzielił pan szatnię?

SEWERYN GANCARCZYK: - W Metaliście Charków grałem z Jaja Coelho. Brazylijczyk, lewa noga… Lepszej w życiu nie widziałem. Teraz gra w Tajlandii czy Malezji. Z Metalistu poszedł jednak do Trabzonsporu, gdzie był w drużynie razem z braćmi Brożkami. „Brozie” też mówili, że to wariat. Niesamowity gość. Zresztą, polecam zobaczyć jego gola z meczu, który graliśmy w Charkowie z Besiktasem Stambuł. Strzelił go prawie z połowy. Bramkarz był na piątym metrze i nawet się nie ruszył. Piłka odbiła się od poprzeczki, słupka… No kosmos. A jaki miał drybling...

 

W Lechu Poznań grał pan z Robertem Lewandowskim...

SEWERYN GANCARCZYK: - Zgadza się. Od początku było widać, że ten gość wie, co chce osiągnąć. Ważnym momentem dla niego było... odsunięcie od zespołu Hernana Rengifo. Zaczęliśmy wtedy grać na jednego napastnika. „Lewy” zrobił bardzo duży postęp. Nauczył się gry tyłem do bramki, zastawiania piłki. Manuela Arboledę przestawiał na treningach jak chciał! Poszedł mocno w górę. Jego kariera jest idealnie ułożona. Mieliśmy w szatni bardzo dobry kontakt. Trzymaliśmy się wspólnie z „Lewym”, Sławkiem Peszką i Kubą Wilkiem. Odwiedzaliśmy się rodzinami na grillu czy kolacjach. Fajne wspomnienia...

Z tej samej kategorii