Robert Tkocz: Nie wiemy, kiedy przyjdzie nasz dzień

Pilka nozna. II liga. ROW Rybnik - Garbarnia Krakow. 26.08.2017
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

Do tego meczu podchodzę z dużym sentymentem. Trener Koniarek to bardzo bliska mi osoba, wiele fajnego razem przeżyliśmy - mówi pomocnik ROW-u 1964 Rybnik. Dziś zagra przeciw drużynie, w której spędził cztery sezony.

Maciej GRYGIERCZYK: Przed tygodniem w Tarnobrzegu zaliczył pan pierwszy pełny mecz od chwili wyleczenia zerwanego więzadła krzyżowego. Jeśli latem był pomysł, by po rocznym rozbracie z futbolem gdzieś pana wypożyczyć, to już wyszło na to, że nie miałoby to większego sensu?
Robert TKOCZ: - Nie, nie. Nie było takich planów. Z prezesem Frystackim mam bardzo dobry kontakt. Wiosną jako trener prowadziłem rezerwy ROW-u. Czułem wsparcie ze strony szatni; wszyscy czekali, aż wrócę. Byłem bezsilny, bo wiedziałem, że kilku miesięcy na wyleczenie się trzeba. W klubie nie było przesłanek, bym miał gdzieś się odbudowywać. Moje miejsce na odbudowę jest w ROW-ie.

Czyli wrócił pan do pracy trenera?
Robert TKOCZ: - Taka nadarzyła się okazja. Prezes poprosił, zapytał, czy nie byłbym zainteresowany wykorzystać swoje doświadczenie. Byłem już trenerem Naprzodu Zawada. Zgodziłem się, bo wiedziałem, że jestem w stanie pogodzić to z rehabilitacją. Umówiliśmy się, że gdy wrócę do gry, przestanę prowadzić rezerwy. Tak też się stało.

Kiedyś łączył pan granie z „trenerką”.
Robert TKOCZ: - Przestałem za czasów Rozwoju, po pierwszej rundzie w I lidze. Wtedy, w grudniu, podjąłem taką decyzję, bo zaczynało mnie to męczyć. Tu - dojazdy do Katowic, tam - trenowanie Naprzodu w klasie okręgowej… Na głowie było wiele, zwłaszcza że prowadzę też swoje firmy. Poszerzyłem działalność, rozwinąłem, co spowodowało natłok obowiązków i brak czasu. Nie chciałem, by coś cierpiało z tego powodu, że będę się mniej przykładał. Dlatego zrezygnowałem, stawiając na granie i biznes. Tak jest do dziś.

Biznesy się rozwijają?
Robert TKOCZ: - Kwitną (śmiech). Kawiarnie, lodziarnie, kebab… Mam w sumie osiem lokali. To „objazdowe” punkty gastronomiczne, czyli takie przyczepy, oraz punkty stałe. W moim rodzinnym Pszowie - dwa, następne w Wodzisławiu, Radlinie, Rybniku, Żorach… Harmonogram jest napięty, ale to wbrew pozorom daje w życiu spokój. Gdy potem przytrafia się taka kontuzja, to mam co robić, do czego wrócić.

Niebawem skończy pan 30 lat. Wydawało się, że „papiery” na granie były znacznie większe, a dotąd udało się panu rozegrać tylko jeden sezon na zapleczu ekstraklasy, w Rozwoju. Nie ma poczucia niespełnienia?
Robert TKOCZ: - Może coś w tym jest. Budują mnie jednak słowa trenera Mandrysza. Spotkałem się z nim w rezerwach Odry Wodzisław. Miałem 17 czy 18 lat, ściągnął mnie do nich z rocznika 1987 i pokazał trochę inny poziom, inną piłkę. Powiedział, żeby się nie przejmować, tylko robić swoje. „Ja też miałem prawie 30 lat, gdy zadebiutowałem w ekstraklasie, a rozegrałem w niej blisko 200 meczów i strzeliłem ponad 40 goli” - mawiał trener Mandrysz. Nie do końca wiemy, kiedy przyjdzie ten dzień, ta godzina. Wiem jednak, że ekstraklasa się pozmieniała. Bardzo duży nacisk kładzie się na młodych zawodników. To już nie te czasy, co kiedyś. Ale nie, nie czuję niespełnienia. Zagrałem dotąd tyle, ile umiałem. Nie mnie oceniać, czemu potoczyło się, jak się potoczyło. Niezadowolony jednak nie jestem. Przeciwnie; jestem szczęśliwy, bo spotkałem wielu wspaniałych ludzi, a gra w piłkę nadal mnie cieszy. To jest najważniejsze.

Był moment, w którym kariera mogła nabrać rozpędu?
Robert TKOCZ: - Był taki jeden. Przez styczeń i luty byłem na testach w MFK Karvina, czyli obecnie czeskim ekstraklasowiczu. Wtedy dopiero o tę ekstraklasę walczyli. To była zima sezonu 2011/12. Pojechałem z zespołem na dwa obozy i wszystko byłoby OK, ale… nie dogadaliśmy się finansowo. Warunki różniły się znacznie od tego, co uzgodniliśmy na początku. Może gdybym wtedy tam został, to zebrałbym inne doświadczenie. Złożyło się, jak się złożyło. Wróciłem do Pniówka, bo obiecałem, że jeśli nie dostanę się do Karwiny, to dalej będę grał w Pawłowicach. Pół roku później znalazłem się już w Rozwoju.

Gdzie spędził pan 4 lata i z którym zagra pan w piątkowy wieczór.
Robert TKOCZ: - Trener Koniarek to bardzo bliska mi osoba, wiele fajnego razem przeżyliśmy. Z pewnością chcę wygrać, ale tak, to kibicuję też Rozwojowi. Byłem ostatnio w Katowicach i odwiedziłem trenera Koniarka. Dziwiłem się, jak niewielu już chłopaków zostało z czasów, kiedy grałem. Przemek Gałecki, Bartek Soliński, Bartek Jaroszek, Adam Żak... Prócz nich, sami młodzi, którzy dopiero przebijali się przed laty do kadry. Tych 7 punktów, które do tej pory zdobyliśmy, nie zadowala nas. Przeciwnik jest dobrze rozpracowany, bo co tydzień gramy z rywalami, z którymi akurat wcześniej grał Rozwój. Podchodzę z dużym sentymentem do tego meczu.

 

Z tej samej kategorii