Do Jastrzębia kroczył krętą drogą

Najpierw był głębokim rezerwowym, potem robił furorę w I lidze, po spadku z niej groziło mu zawieszenie butów na kołek, a gdy wrócił na boisko, łapał tak dużo kartek, że wysłano go do psychologa. Za Bartoszem Jaroszkiem, nowym nabytkiem GKS-u 1962 Jastrzębie, bujne 2,5 roku spędzone w Rozwoju Katowice.

Pilka nozna. Sparing. Ruch Chorzow - Rozwoj Katowice. 02.09.2017
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

 

Bartosz Jaroszek, który w ostatnich dniach przeszedł z Rozwoju Katowice do GKS-u 1962 Jastrzębie, sam nie ukrywa zaskoczenia faktem, że w jego stronę rękę wyciągnął lider rozgrywek II ligi. Gdy po zakończeniu rundy jesiennej zadzwonił do niego trener Jarosław Skrobacz, w pierwszej chwili pomyślał, że… któryś z kolegów stroi sobie żarty. - W szatni Rozwoju jest kilku dowcipnisiów - z Marcinem Kowalskim na czele - dlatego przeszło mi to przez głowę. Nie układało mi się to wszystko w jedną całość. Zwłaszcza że po jesiennym meczu w Jastrzębiu czułem się fatalnie, bo nie zadbałem o utrzymanie nerwów na wodzy - wspomina 23-latek.

 

Jak ty mogłeś…
Przypomnijmy: w październiku GKS 1962 wygrał u siebie z Rozwojem 3:1, ale kluczową dla tego meczu sytuacją nie był któryś z goli, a czerwona kartka, jaką na początku II połowy - przy stanie 1:0 dla katowiczan! - ujrzał właśnie Jaroszek. Pierwsze „żółtko” zarobił jeszcze przed przerwą, drugie - za bezsensowny, ostry faul w środku boiska - tuż po niej. To prawdziwy paradoks i chichot piłkarskiego losu, że teraz podpisał w Jastrzębiu kontrakt. - Tamto wydarzenie miało dla mnie bardzo duże znaczenie. Zawsze czułem się odpowiedzialny za Rozwój, za drużynę. Nie zapomnę chyba nigdy wzroku Michała Płonki. Coś na zasadzie: „Jaro, no jak ty mogłeś to zrobić” - opowiada defensywny pomocnik, który już wcześniej łapał żółte kartki praktycznie w każdym meczu. Wtedy jednak miarka się przebrała.

Z tej samej kategorii