Król strzelców III ligi często „grzał ławę”

W sezonie 2016/2017 Wojciech Caniboł upiekł dwie pieczenia na jednym ogniu - awansował do II ligi i został najlepszym snajperem na trzecim froncie. - Nie zamierzałem nikomu, zwłaszcza naszemu trenerowi, niczego udowadniać. Po prostu chciałem zrobić coś pożytecznego dla zespołu i to się udało - przekonuje 31-letni napastnik.

Wojciech Caniboł
 /  fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

BOGDAN NATHER: Pamięta pan naszą „wymianę poglądów” po wysokim (9:0) zwycięstwie z Olimpią Kowary? Zapytałem „Dlaczego nie strzelał pan rzutu karnego, tylko Dawid Weis?", a pan ze stoickim spokojem odpowiedział, że kolega bardzo go o to prosił.
WOJCIECH CANIBOŁ: - Przypominam sobie. Próbował pan mnie sprowokować, pytając „ A jak jednego gola zabraknie panu do korony króla strzelców?” Odpowiedziałem wtedy panu szczerze, że na ławce rezerwowych nie można zostać królem strzelców”.


No to brnijmy dalej. Podałem przykład Marcina Robaka z Lecha Poznań, który udowodnił, że jest to możliwe. Pan jednak twardo obstawał przy swoim. W tym momencie był pan bardzo rozgoryczony, że trener Jarosław Skrobacz trzyma pana na ławce rezerwowych?
WOJCIECH CANIBOŁ: - To prawda, nie byłem szczęśliwy, że grzeję ławę. Ale na pewno nie byłem załamany. Po prostu każdy, kto uprawia sport ma swoje ambicje, piłkarz chce grać od początku, strzelać bramki. Dlatego nie byłem zadowolony z takiego obrotu sprawy. Piłkarz siedzący na ławce ma dużo mniejsze szanse na strzelanie bramek niż ten, który regularnie gra w podstawowej jedenastce.


Kiedy pan uwierzył, że można upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, to znaczy awansować do II ligi i zostać najlepszym snajperem w trzeciej?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Dopiero po ostatnim gwizdku sędziego w meczu w Legnicy, w którym wygraliśmy z Miedzią 4:0.


Satysfakcja jest większa, że został pan królem strzelców w takich okolicznościach?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Czy ja wiem? Satysfakcja jest taka sama. Nie zamierzałem nikomu, zwłaszcza naszemu trenerowi, niczego udowadniać. Po prostu chciałem zrobić coś pożytecznego dla zespołu i to się udało. Zadaniem napastnika jest strzelanie bramek, ja swoją pracę wykonałem - tak uważam - solidnie, więc mogę być zadowolony.


Jak odebrał pan słowa trenera Jarosława Skrobacza, że w minionym sezonie był pan największym odkryciem w jego zespole. Kompletne zaskoczenie?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Przyznaję, byłem bardzo zaskoczony czytając wywiad z trenerem Skrobaczem w „Sporcie” i jego wypowiedź na mój temat. To było bardzo miłe. Z drugiej trony śmiesznie to brzmi, że zawodnik jest odkryciem, gdy ma już 31 lat. Ale co najmniej kilku chłopakom z naszej drużyny należą się słowa uznania i pochwały.


W ciągu czterech lat gry w GKS-ie 1962 strzelił pan 54 bramki, z czego 39 w III lidze. W tym czasie zespół dwukrotnie awansował o szczebel wyżej. Spodziewał się pan takiego rozwoju wydarzeń przychodząc do Jastrzębia?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Nie myślałem, że dwa razy wywalczymy awans. Ale z roku na rok szliśmy do przodu, nie spodziewałem się, że będę strzelał tyle bramek, bo przecież wcześniej grywałem na boku pomocy, na środku, a nawet na stoperze. To trener Grzegorz Łukasik przekwalifikował mnie na napastnika i jak widać, jego pomysł wypalił.

 

Sezon 2016/2017 był najlepszym w karierze Wojciecha Caniboła? Wcześniej nie strzelił pan nigdy 19 goli w jednym cyklu rozgrywkowym.
WOJCIECH CANIBOŁ: - To prawda, ale żona Aleksandra poprawia mnie, że strzeliłem dwadzieścia goli.


Nie przypominam sobie, by jakiegoś gola pańskiego autorstwa przypisano komuś innemu.
WOJCIECH CANIBOŁ: - Chodzi o to, że we wrześniu powiększy mi się rodzina (śmiech).


Chłopak, czy dziewczynka?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Syn. Wspólnie z Olą wybraliśmy dla niego imię. We wrześniu przyjdzie na świat Wiktor Caniboł.


Znany jest pan na boisku z waleczności i zadziorności, jakim zatem cudem złapał pan w sezonie tylko trzy żółte kartki? Dzięki temu jest pan jedynym zawodnikiem GKS-u 1962 Jastrzębie, który zagrał we wszystkich meczach ligowych.
WOJCIECH CANIBOŁ: - Jednak pan to wychwycił, że nie opuściłem żadnego meczu w lidze. Wszystkie kartki dostałem w rundzie jesiennej, wiosną nie zostałem upomniany ani razu. Taka runda nigdy wcześniej mi się nie zdarzyła i już się na pewno nie powtórzy. Kilka razu korciło mnie, by sfaulować przeciwnika. To byłyby faule taktyczne, ale zacząłem kalkulować i nie tknąłem przeciwnika, licząc, że kolega wykona za mnie tę „brudną” robotę. Takich wyborów czasami trzeba na boisku dokonywać, ale to wcale nie znaczy, że odpuszczałem. Dawałem z siebie maksa, w każdym meczu gram agresywnie i nie cofam nogi.


Był pan niezawodny przy wykonywania „jedenastek”. Jest pan już pozbawiony układu nerwowego? Rzuty karne wykonywał pan bardzo pewnie…
WOJCIECH CANIBOŁ: - Cieszę się, że nie pomyliłem się podczas wykonywania rzutów karnych. Ale ni jestem pozbawiony układu nerwowego, jak pan sugeruje. Stres jest zawsze, ale teraz denerwuje się znacznie mniej niż dawniej. Ćwiczymy z kolegami ten element, w piątek przed meczem wykonuję 5-10 karnych. Urządzamy sobie konkursy, czasami w nich przegrywam.


Denerwuje się pan przed inauguracją rozgrywek w drugiej lidze?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Chyba jak każdy z nas. To będzie wydarzenie nie tylko dla nas, ale również dla naszych kibiców. Mam nadzieję, że pierwszy mecz zagramy w Jastrzębiu i że dopisze pogoda. Liczę, że na trybuny przyjdą ponad dwa tysiące kibiców.


Trudno będzie pogodzić grę w piłkę na poziomie drugoligowym z pracą w kopalni?
WOJCIECH CANIBOŁ: - Pracuję na kopalni ROW-Marcel, codziennie muszę wstawać do pracy o godz. 4.30. Ale już się przyzwyczaiłem do tak wczesnego wstawania, w sobotę budzę się o 5.00, chociaż mam dzień wolny. Jestem dobrze zorganizowany, więc pogodzę pracę zawodową z grą w piłkę. Zaoszczędziłem trochę urlopu, więc nawet jak będą wyjazdy na dwa dni, dam radę.

 

Z tej samej kategorii