Rezerwowy bramkarz beniaminka z Jastrzębia jest bardzo cierpliwy

Bartosz Szelong był jedynym zawodnikiem swojej drużyny, który w rundzie jesiennej nie zagrał nawet minuty. Zmiennik Grzegorza Drazika w GKS-ie 1962 Jastrzębie jest jednak bardzo cierpliwy i czeka na swoją szansę w rundzie wiosennej. Poza futbolem bardzo interesuje się hokejem na lodzie - chodzi na mecze JKH GKS Jastrzębie i jeździ do Czech.

Bartosz Szelong
 /  fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

BOGDAN NATHER: Był pan jedynym zawodnikiem swojej drużyny, który w rundzie jesiennej nie zagrał nawet minuty. Taka sytuacja nie była dla pana deprymująca, a może nawet irytująca?
BARTOSZ SZELONG: - Irytująca? Na pewno nie. Trzeba zauważyć, że rola drugiego bramkarza w zespole jest trudniejsza niż zawodników z pola. Na tej pozycji w trakcie meczu z reguły nie robi się zmian, dlatego drugi jest skazany na siedzenie na ławce rezerwowych. No chyba, że kolega dostanie czerwoną kartkę lub będzie kontuzjowany. Grzesiek Drazik zagrał bardzo dobrą rundę, dlatego nie byłem zdołowany siedzeniem na ławce, bo najważniejsza jest drużyna, a nie indywidualne ambicje i aspiracje piłkarzy. Jeżeli będę cierpliwy, to taka szansa na pewno się pojawi.


Był moment, w którym żałował pan, że przeszedł do GKS-u 1962 Jastrzębie? W Pniówku Pawłowice raczej miałby pan pewne miejsce między słupkami…
BARTOSZ SZELONG: - Z ręką na sercu - nigdy nie żałowałem, że przeszedłem do GKS-u. Jak masz 22 lata i możliwość gry w wyższej lepszej lidze, to nie powinieneś się zastanawiać. Podpisuje się kontrakt i walczy o miejsce w podstawowym składzie. Niżej przecież zawsze można zejść. Ale jak już wspomniałem wcześniej - bramkarz działa na innych zasadach niż pozostali zawodnicy.


Od samego początku był pan pogodzony z rolą zmiennika Grzegorza Drazika? A może jednak startowaliście z jednego pułapu?
BARTOSZ SZELONG: - Nie rozmawiałem z trenerem Skrobaczem na temat hierarchii, ale zdawałem sobie sprawę, że będę drugim bramkarzem. Trener nie będzie przecież zmieniał układu, skoro „Draziu” grał dobrze w poprzednim sezonie. Grzesiek zaczął rundę w bramce i jak widać został do końca. Nie było sensu niczego zmieniać, bo mieliśmy jesienią najlepszą defensywę.


Wynik GKS-u 1962 Jastrzębie w rundzie jesiennej przeszedł pańskie najśmielsze oczekiwania?
BARTOSZ SZELONG: - Wiedziałem, że nasza drużyna ma ogromny potencjał, a na dodatek jest głodna sukcesu. Nikt w naszym zespole nie jest najedzony do syta. Nie miałem zatem wątpliwości, że będziemy w czołówce, lecz nie spodziewałem się, ze na wszystkich konkurentów będziemy spoglądać z góry. Fotel lidera jest bardzo wygodny i czujemy się w nim bardzo dobrze.


W prywatnej rozmowie trener Jarosław Skrobacz powiedział mi, że nie będzie miał żadnych obaw, gdy Bartosz Szelong będzie musiał wejść do bramki. Jego słowa są przejawem zaufania do pana, docenieniem pańskich umiejętności?
BARTOSZ SZELONG: - To bardzo miło z jego strony. Ja jestem cały czas gotowy, by wskoczyć do bramki i pomóc drużynie.


Kiedyś powiedział pan, że pana największą zaletą jest prawidłowe wyciąganie piłki z siatki. Ma pan jeszcze inne?
BARTOSZ SZELONG: - Trzeba mieć dystans do siebie, trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Co do moich zalet - dobrze czytam grę. Grając w Pniówku wyliczono, że 18 razy skasowałem na przedpolu prostopadłą piłkę do napastnika rywali. Pozdrawiam dobre „TDB” (Trening Decyzji Bramkarza - przyp. BN) i uśmiecham się.


W rundzie wiosennej pański debiut w II lidze jest nieunikniony - Grzegorz Drazik ma już trzy żółte kartki w rejestrze i jeszcze jedna na pewno trafi na jego konto…
BARTOSZ SZELONG: - Od liczenia kartek w naszym zespole jest kierownik drużyny Kamil Błachut. Śmialiśmy się z Grześkiem Drazikiem, że złapie żółtą kartkę, jak będzie chciał mieć wolny weekend.


Wolałby pan zagrać z silnym przeciwnikiem, na przykład ŁKS-em Łódź, czy teoretycznie słabszym?
BARTOSZ SZELONG: - Nie skupiam się na tym i nie mówię głośno, z kim chciałbym zagrać. W każdej sytuacji po prostu trzeba zachować chłodną głowę.


Jest pan miłośnikiem hokeja na lodzie? Często pana widuję na meczach JKH GKS Jastrzębie… Zresztą przeczytałem gdzieś, że zamiast oglądać w telewizji LOTTO Ekstraklasę lub angielską Premier League, woli pan NHL na PlayStation.
BARTOSZ SZELONG: - Generalnie lubię sport, więc jeżeli czas mi na to pozwala, chodzę w Jastrzębiu na mecze hokeja i siatkówki. Ale nie tylko ja interesuję się hokejem, z Faridem Alim kilka razy pojechaliśmy do Czech na mecze Ocelarzi Trzyniec, raz na HC Vitkovice. Raz pojechali z nami Krzysiek Gancarczyk i Arkadij Herasymow, grający teraz w Pniówku Pawłowice. Byliśmy na meczu drużyny z Trzyńca, w którym gra reprezentant Polski Aaron Chmielewski – na meczu Ligi Mistrzów ze szwedzkim Brynäs, który wygrali 3:1. (Po zwycięstwie w rewanżu w Gävle 5:3, Czesi awansowali do półfinału tych rozgrywek, w którym zmierzą się z fińskim JYP Jyväskylä – przyp.. BN).


Od początku przygody z piłką chciał pan być bramkarzem? Młodzi chłopcy raczej wolą strzelać bramki niż stać między słupkami.
BARTOSZ SZELONG: - To był czysty spontan. Trener Szkółki Piłkarskiej MOSiR Jastrzębie Mirosław Kawecki zapytał, kto chce być bramkarzem, no i poniosłem rękę… (śmiech). Chyba dokonałem dobrego wyboru, bo jestem za drewniany, by grać w polu i najprawdopodobniej wtedy nie byłbym zawodnikiem drugoligowego klubu.


Kiedy byłem młodym chłopakiem uganiającym się za piłką, uważano, że bramkarz i lewoskrzydłowy są szaleni, że brakuje im piątej klepki. Gdyby teraz ktoś panu zaserwował takie „hasło”, podniosłoby się panu ciśnienie, czy skwitowałby pan to uśmiechem politowania?
BARTOSZ SZELONG: - Ciężko mnie wkurzyć, moje tętno nawet w sytuacjach „stykowych” wynosi 70. Trener bramkarzy w Pniówku Dariusz Kłoda mówił, że jestem za spokojny jak na bramkarza. Z kolei moja koleżanka Agata Kosińska, która jest bramkarką hokejową, twierdzi, że jestem typowym bramkarzem.

 

Z tej samej kategorii