Mikołajko: Nie chcę, by Podbeskidzie było klubem, którego szczytem marzeń jest gra o utrzymanie

Tomasz Mikołajko
 /  fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus
Michał Trela 11-03-2016 | 09:14

Autor:

- Podbeskidzie ma spory potencjał sponsorski i kibicowski, ale potrzebuje wyniku - mówi Tomasz Mikołajko, prezes Górali.

Michał TRELA:Dziś zagrają ze sobą Piast Gliwice i Podbeskidzie. Oba kluby w pana życiu są chyba bardzo ważne?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Zdecydowanie. Podbeskidzie przygotowało i przeszkoliło marketingowca, a Piast to wykorzystał, zabierając z Bielska-Białej człowieka, który coś wiedział, coś wniósł, miał fajny pomysł i zmienił marketing w Piaście. Przez trzy lata pracy w Gliwicach dojrzewałem, uczyłem się, podglądałem, analizowałem i też rosłem, jeśli chodzi o doświadczenie. Piast wyszkolił prezesa, co tym razem wykorzystało Podbeskidzie. Wychodzi na to, że to owocna współpraca obu klubów. To w Podbeskidziu stawiałem jednak pierwsze kroki w piłce. Moje początki sięgają prezesa Stanisława Piecucha, kiedy pomagałem przy organizacji meczów pierwszego zespołu jeszcze w II lidze oraz w drużynie rezerw. Zaczynałem od funkcji stewarda, wieszałem banery, sprzedawałem bilety w kasach. Pracowałem też za prezesa Jerzego Wolasa. Z kolei prezes Janusz Okrzesik zmienił moją funkcję. Ze studenta pracującego dorywczo przy dniu meczowym, stałem się szefem działu marketingu w sezonie, w którym wchodziliśmy do ekstraklasy. Choć jestem najmłodszym prezesem w ekstraklasie, to w piłce pracuję już kilkanaście lat. To nie jest mało.

 

Gdy pod koniec 2015 roku Podbeskidzie się do pana zgłosiło...

Tomasz MIKOŁAJKO: - ... byłem zaskoczony i na początku nie dowierzałem. Nie było mnie w Bielsku trzy lata i kompletnie nie działałem na tym terenie. Ktoś jednak zauważył moją pracę w Gliwicach i to, że wcześniej również w Bielsku były efekty mojej pracy. Byłem zszokowany, ale cieszyłem się. Ofertę złożono mi w okresie, gdy efekty mojej pracy w Gliwicach były widoczne. Wszystko udało się unormować, a praca stała się spokojniejsza. Przed nami była bardzo ciekawa runda rewanżowa, ale sentyment do Bielska przeważył. Stwierdziłem, że czas wracać i budować. Jestem wdzięczny władzom klubu i panu prezydentowi za to, że obdarzyli mnie zaufaniem.

 

Podbeskidzie i Piasta da się jakoś porównać?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Oba kluby i miasta są sobie dość bliskie. Pamiętam, że jeszcze gdy pracowałem w Podbeskidziu jako szef marketingu, cały czas do Gliwic zmierzaliśmy. Oba kluby ze sobą rywalizowały i były zbliżone potencjałami. Miasta są mniej więcej podobnej wielkości. Gliwice mają większą strefę ekonomiczną, ale atutem Bielska jest położenie, gdzie nie ma aż takiej konkurencji. To znowu jest mankamentem Piasta - leży na Górnym Śląsku, gdzie jest mnóstwo klubów.

 

Jaką sytuację finansową zastał pan w Podbeskidziu po objęciu funkcji prezesa?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Gdyby było kolorowo, to nie byłoby zmian w zarządzie. Nie jest łatwo, ale już jest w miarę stabilnie. Chcę pokazać mieszkańcom Bielska-Białej, że klub to dobro wspólne finansowane nie tylko przez miasto, ale też partnerów lokalnych. Nie ma zagrożenia, że nie dostaniemy licencji, wszystko przebiega zgodnie z planem. Zaległości wobec piłkarzy nie ma. Klub był prowadzony bardzo ekonomicznie. Prezes Wojciech Borecki, gdy nie miał środków, po prostu ich nie wydawał i dbał o to, by klub się nie zadłużał. Rozwój jest jednak możliwy wtedy, gdy są przychody. Chodzi więc o to, by pozyskiwać nowych partnerów, bo nie da się budować budżetu tylko na mieście i kilku firmach.

 

Czy w Bielsku-Białej jest wystarczający potencjał sponsorski?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Założyłem sobie, że chciałbym mieć co najmniej stu partnerów. Na razie udało mi się zachęcić kilkunastu partnerów do współpracy i tempa nie zwalniamy. Na terenie Bielska i okolic jest kilkanaście tysięcy podmiotów gospodarczych, więc jest nad czym pracować. A lepiej iść w grupie, robić więcej z mniejszymi partnerami niż z jednym dużym, bo to zawsze jest ryzyko.

 

Kluczowy wpływ na finanse Podbeskidzia ma firma Murapol. Prezes Borecki nie ukrywał, że jego odejście miało związek również z nią. Jak dziś wyglądają relacje klubu z Murapolem, który przecież ściągał pan przed laty do bielskiego klubu?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Tak, to był mój pierwszy telefon, jako szefa działu marketingu. Tak się zaczęła ich zabawa i inwestowanie w piłkę. Jeżeli chodzi o współpracę, aktualnie się stabilizuje. Jest światełko w tunelu, że wrócimy. W klubie jest miejsce dla każdego. Powinni być partnerzy więksi, mniejsi, najmniejsi. Wtedy budżet jest racjonalnie podzielony. Są tacy, którzy dają więcej i wymagają więcej i są tacy, którzy dają mniej i mają mniejsze wymagania. Dla każdego jest miejsce i pełna otwartość. Odkąd jestem w klubie, trwają rozmowy z Murapolem, który zaczął się częściej angażować w klubowe tematy. Myślę, że to się powoli układa. W biznesie trzeba niekiedy czasu, by niektóre tematy załagodzić i odbudować.

 

Wkrótce staniecie też przed zadaniem zapełnienia 15-tysięcznego stadionu. Widzi pan na to szansę?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Marzyłbym o średniej frekwencji na poziomie 10 tysięcy. Potencjał mamy. Dziś średnia oscyluje w granicach 5-5,5 tysiąca widzów, choć Podbeskidzie od pół roku grało średnią piłkę i raczej przegrywało u siebie. Dla porównania - w Gliwicach jest 6-6,2 tysiące, mimo najlepszego sezonu w historii Piasta. Pięciocyfrowa frekwencja w Bielsku-Białej jest możliwa, ale trzeba zacząć walczyć o wyższe cele. Bielsko potrzebuje wyniku. Podbeskidzie od pięciu lat gra w ekstraklasie i cały czas walczy o życie. To powoduje znużenie kibiców, bo wiecznie jest to samo. Za trenera Leszka Ojrzyńskiego było blisko awansu do czołowej ósemki, był fajny wynik w Pucharze Polski i wtedy zainteresowanie było bardzo duże. To pokazuje, że naprawdę nie trzeba wiele, by kibice chcieli przyjść. Tyle, że fani też są wybredni. Jest grupa wiernych, ale też takich, którzy przyjdą tylko wtedy, gdy dzieje się coś ciekawego. Frekwencja w Polsce, poza kilkoma wyjątkami, naturalnie rośnie. Liga staje się coraz ciekawsza, ale nie ma co ukrywać, że to wynik sportowy produkuje frekwencję. Przeżyłem to w Gliwicach. Robiąc podobne akcje, bez wyniku sportowego, ciężko o frekwencję. Ludzie chcą widzieć wygrane. Jest sukces - przybywa ludzi. Kluczem jest, by ich zatrzymać, bo kryzys zawsze przyjdzie. Można rozdawać bilety i robić fajne akcje, ale jak się nie gra w piłkę, to kibic nie przyjdzie. Trzeba się skupić na tym, by było się z czego cieszyć.

 

Jak więc sprawić, że Podbeskidzie - z niskim budżetem - będzie walczyć o coś więcej niż tylko o utrzymanie?

Tomasz MIKOŁAJKO: - W Polsce co roku widać, że o dobre pozycje da się walczyć nawet z mniejszym budżetem. Niedawno Piast grał w europejskich pucharach, potem miał kryzysowy rok z walką o utrzymanie, a teraz znów ma sezon, w którym był liderem prawie 200 dni. Piłka jest o tyle ciekawa, że finanse to jedno, a sport drugie. Można mieć mniejsze pieniądze, ale tak trafić z zespołem, klimatem, szatnią, że robi się wynik. Co roku ktoś niespodziewany walczy o europejskie puchary. Podbeskidzie też może kiedyś być w tym gronie. Każdy klub ma w historii lepsze i gorsze momenty,. Podbeskidzie miało dwa półfinały Pucharu Polski, awans do ekstraklasy, heroiczną walkę o utrzymanie w drugim sezonie. Powoli przydałoby się zrobić kolejny krok. Nie mówię o pucharach, ale choćby o realnej walce o ósemkę. A w grupie mistrzowskiej różnie bywa. Nie chcę, by Podbeskidzie było wiecznie klubem, którego szczytem marzeń jest gra o utrzymanie. Klub w całości musi do tego dorosnąć. Lepiej budować rozwój pomału niż za szybko i finalnie więcej stracić niż zyskać.

 

Mówi się, że w Podbeskidziu sporo ma się też zmienić w kwestii szkolenia młodzieży. Jakie są plany?

Tomasz MIKOŁAJKO: - Najpóźniej 1 lipca chcemy otworzyć akademię z prawdziwego zdarzenia, funkcjonującą jak w największych klubach w Polsce - w Legii czy w Lechu. Ona ma budować przede wszystkim frekwencję długofalową. Zyskuje się w ten sposób nie tylko piłkarzy, ale przede wszystkim kibiców. To bardzo ważne, by akademia działała od czterolatków, którzy bawią się piłką. Chcemy budować kontakt z marką Podbeskidzia i z piłką. Przez dzieci łatwiej dotrzeć do rodziców i w ten sposób budować frekwencję na stadionie. Przy okazji pojawiają się talenty, które trzeba wyłowić i umiejętnie prowadzić.

 

Taka akademia wymaga jednak obiektów, a z tym Podbeskidzie ma problem.

Tomasz MIKOŁAJKO: - Są już pewne konkretne plany i niebawem będzie można powiedzieć o szczegółach lokalizacji. Ze strony miasta jest przyzwolenie i wsparcie, by powstała większa baza sportowa w Bielsku-Białej. To ma być baza nie tylko dla Podbeskidzia, ale dla całego miasta, by ludzie mogli tam grać i trenować. Mają powstać nie tylko boiska piłkarskie, ale całe zaplecze rekreacyjne. Obiekty miałyby służyć również pierwszemu zespołowi. To ma być baza, która pozwoli być wszystkim w jednym miejscu, będzie tam całe profesjonalne zaplecze. Ma ona powstać ze wsparcia miasta. Klub nie ma środków, by móc sobie na to pozwolić. W perspektywie można jednak na tym zarabiać. Wbrew pozorom, łatwiej jest sprzedać zawodnika za milion złotych niż znaleźć firmę, która wyłoży na klub milion złotych.

 

 

 

Fantasy Ekstraklasa