Michał Janota: Nigdy nie zapomnę o tych tragediach

Michał Janota
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus
Leszek Błażyński 06-11-2015 | 15:41

Autor:

- Na boisku staram się oczywiście o takich sprawach nie myśleć, chociaż czasami naprawdę się nie da - mówi w szczerym wywiadzie Michał Janota, pomocnik zabrzańskiej drużyny.

LESZEK BŁAŻYŃSKI: We wrześniu w katastrofie statku, do jakiej doszło w Szwecji, zginął pański brat. Wiadomo, że ciężko się otrząsnąć po takiej tragedii.
MICHAŁ JANOTA: Nie jest mi łatwo, tym bardziej, że półtora roku temu straciłem ojca. Moi bliscy mówią, że teraz to ja jestem głową rodziny. Mam jeszcze jednego brata i mamę. Nasza rodzina jest liczna, więc na szczęście mam dla kogo ciężko pracować i żyć. O wspomnianych tragediach nigdy jednak nie zapomnę, ale na boisku staram się oczywiście o takich sprawach nie myśleć, chociaż czasami po prostu się nie da.


Jak pan wspomina pańskiego brata?
MICHAŁ JANOTA: Krzysiek miał 33 lata. Był najstarszym bratem z naszej trójki. Miał żonę i 9-letniego syna, który jest moim chrześniakiem. Chłopak przyjedzie w niedzielę na mecz z Koroną. Mam nadzieję, że mu się spodoba, a my odwdzięczymy się, wygrywając. Żona brata i jego syn potrzebują teraz dużo wsparcia z mojej strony, więc staram się im pomagać, na tyle, na ile mogę. Jaki był mój brat? Krzysiek był dobrym i pogodnym człowiekiem. W marynarce miał stopień kapitana. Od lat mieszkał na stałe we Wrocławiu i był zagorzałym fanem Śląska. Gdy grałem przeciwko Śląskowi, oczywiście trzymał kciuki za mnie. Rzadko jednak miał okazję zobaczyć mnie w akcji, bo jako marynarz bardzo dużo podróżował, a kiedy już był w domu, to oczywiście jak najwięcej czasu spędzał ze swoimi najbliższymi.


Czy z powodu tego, że mocno przeżył pan śmierć brata, występował pan ostatnio częściej w rezerwach niż w pierwszym zespole?
MICHAŁ JANOTA: Na mecz z Lechem trener Ojrzyński mnie nie wziął. Jeszcze na ten temat ze szkoleniowcem nie rozmawiałem, ale może to zostawmy... Było minęło. Jak zmarł brat, dostałem od trenera trochę wolnego, bo miałem sporo rzeczy do załatwienia związanych z pogrzebem. Musiałem się tym zająć, chciałem też być przy mamie i kilka spotkań w tym czasie mnie ominęło. Na sparing do Oławy przyjechałem, aby chociaż trochę pozostać w rytmie meczowym. Później jednak już na pierwszych zajęciach doznałem kontuzji mięśnia. Wróciłem do ligi dopiero w minionym tygodniu w meczu z Pogonią. Czy w niedzielę zagram? Nie mam pojęcia, wszystko zależy od szkoleniowca. Na tę chwilę czterech, pięciu piłkarzy może być pewnych gry, a udział pozostałych zależy od postawy na treningach oraz taktyki, jaką szkoleniowiec obierze.


Zmieniając temat, ostatnio bardzo głośno było o pańskiej październikowej wizycie na stadionie Piasta Gliwice podczas meczu z Koroną. Razem z Maciejem Korzymem i Wojciechem Trochimem oraz z fanami Korony weszliście na stadion Piasta po otwarciu przez kibiców bramy ewakuacyjnej.
MICHAŁ JANOTA: Zostaliśmy zaproszeni na ten mecz przez naszych kolegów, byliśmy wpisani na dodatkową listę i mieliśmy bilety wstępu. Popełniliśmy błąd, że poszliśmy za tłumem. Spora grupa kibiców poszła w jednym kierunku, my nie wyłamaliśmy się, ale podążyliśmy za nimi. Wcześniej nie poinformowaliśmy również trenera Leszka Ojrzyńskiego, że wybieramy się na to spotkanie. Czy żałuję tego, że poszedłem na ten mecz? Nie, przecież niczego złego tam nie zrobiliśmy, a piłka nożna jest dla kibiców. Z fanami trzeba się utożsamiać. Niektórzy odebrali to źle, że nagle piłkarze siedzą razem z kibicami. Raz jeszcze powtarzam, byliśmy spokojni, nikogo nie skrzywdziliśmy i nie obraziliśmy.


Ale mogą panu i wspomnianym kolegom grozić zakazy stadionowe.
MICHAŁ JANOTA: Gdyby tak się stało, byłby to absurd. Za co mieliby nas niby karać? Za to, że wybraliśmy się zobaczyć mecz. Przy okazji poszliśmy też analizować grę przeciwnika, z którym będziemy w niedzielę grać.

 

Jak zareagował na ten incydent Ojrzyński?
MICHAŁ JANOTA: Szkoleniowiec rozmawiał z nami na ten temat. Był zły i miał do nas żal, że dowiedział się o wszystkim dopiero tydzień po całym zdarzeniu. Dopiero wtedy ukazały się na ten temat informacje w mediach. Szczerze mówiąc, to zrobiono z... igły widły. Trenera oczywiście przeprosiliśmy. Powinniśmy go wcześniej poinformować, że wybieramy się na spotkanie razem z fanami Korony.

 

Gdyby cofnął pan czas to...
MICHAŁ JANOTA: Nie poszedłbym razem z kibicami, ale wszedłbym na stadion przechodząc przez kołowrotek. Wtedy nikt nie miałby się o co do nas przyczepić.


Jak fani Górnika zareagowali na to, że dwaj gracze zabrzańskiej drużyny utożsamiają się z kibicami Korony?
MICHAŁ JANOTA: Ja nie miałem okazji rozmawiać z zabrzańskimi kibicami w odróżnieniu od Maćka. Mówił mi, że nie mieli do nas pretensji.


Kielczanie u siebie grają fatalnie, a na wyjazdach rewelacyjnie. Chyba lepiej byłoby dla was grać przeciwko drużynie Marcina Brosza w Kielcach?
MICHAŁ JANOTA: To tylko statystyki. Dwa lata temu, gdy byłem graczem Korony, nie mogliśmy z kolei wygrać na wyjeździe, a u siebie punktowaliśmy. Każdy mecz jest inny, ale najlepiej zawsze gra się przed własną publicznością. Chcemy to w końcu wykorzystać.

 

 

Fantasy Ekstraklasa