O piłkarzu „z Górki”, co często miał „pod górkę”

Gdyby żył, w minioną środę skończyłby 89 lat. W życiu przetrzymał dwa totalitaryzmy i dwie okupacje. Płakał jednak... wyłącznie z powodu meczu, którego nie zobaczył!

I pewnie zapłakałby z powodu piłki teraz - gdyby żył... Ukochana Polonia Kazimierza Trampisza - bo o nim mowa - przeżywa chyba najtrudniejsze chwile w swej historii: prawie stuletniej - jeśli przyjmiemy wersję o jej powstaniu w 1920 roku, czy też prawie 75-letniej - jeśli jej rodowód wywiedziemy wyłącznie od powojennej inicjatywy Kresowiaków, których wichry historii (i bagnety czerwonoarmistów) rzuciły ze Lwowa i innych kresowych miast akurat do Bytomia.

 

Na łąkach za szmacianką gonitwa
Kazimierz Trampisz (rocznik 1929) pochodził akurat nie z „Leopolis”, a ze Stanisławowa. To jednak gwiazdy lwowskiej piłki - ale i śląskiej też, gdy np. „Ezi” Wilimowski i spółka przyjeżdżali w gościnę do Pogoni czy Czarnych - wzbudziły w chłopaku wychowanym w grodzie nad dwiema Bystrzycami (Sołotwińską i Nadworniańską) ową miłość na całe życie do futbolu. Na łąkach nad tymi właśnie rzekami mały Kazik - ze swymi rówieśnikami, 6-7-latkami, biegał za szmacianką i kopał ją w stronę którejś z bramek, wyznaczonych rzuconymi na trawę tornistrami. Na bosaka się grało oczywiście. - Jak kto przyszedł w butach, to my mu je kazali zdejmować. Jeden nie może przecież grać w butach, jak wszyscy inni grają na bosaka! - opowiadał nam z przejęciem i... z pięknym kresowym akcentem w głosie. Niepodrabialnym i charakterystycznym dla wszystkich, których dotknęła gehenna powojennych wysiedleń z ich kresowych domów i „małych ojczyzn”. A gdy już się maluchy nagrały, biegły do domów - a raczej tego domu, w którym akurat był odbiornik radiowy - by z uchem przy głośniku słuchać magicznych opowieści, jak to „Albański w powietrze wyszedł, wisiał...” Albo: „Wilimowski - cudowny drybling, do bramki wjechał, bramkarza kiwnął”. Ot, magia radia...

 

Mecz przesiedziany... w kościele
Ten, co już trochę podrósł, zasługiwał na to, by w Stanisławowie pójść pograć „na Górkę”. Górka - to była dzielnica, w której mieszkała rodzina Trampiszów. Górka - to było boisko z prawdziwego zdarzenia. No i wreszcie Górka - to był klub, w którym grywał Stanisław Kantor - wujek pana Kazimierza. - Był dobry. Opowiadali mnie wtedy, że Pogoń Lwów przyjeżdżała do niego, żeby go skaperować. Ale to nie były czasy, że się ludzie tak przemieszczali. Wujek miał dobrą pracę w Stanisławowie, na poczcie, i nie poszedł do Pogoni - tłumaczył nam polonista.
Stanisławów generalnie był miastem mocno usportowionym. Górka była klubem dzielnicowym. Oprócz niej działała Stanisławowianka w parku, Raz Dwa Trzy, do tego drużyny ukraińskie (jak Prołom) i żydowskie (np. Hasmonea i Makabi). I ten najsłynniejszy zespół - Rewera. Dwa razy w dwudziestoleciu międzywojennym dobijała się do I Ligi Państwowej. Bezskutecznie, ale i tak miała mnóstwo kibiców. - Raz grać miała z jakąś rumuńską drużyną. Ojciec wziął mnie za rękę, poszliśmy pieszo na jej stadion. Ale przy kościele się rozlało jak z cebra. Schroniliśmy się w świątyni, przeczekaliśmy ulewę, ale wszystko trwało ponad godzinę. Nie było sensu już iść dalej. Popłakałem się wtedy strasznie, że takiego meczu nie mogłem zobaczyć! - ponad 70 lat od tamtych chwil ich wspomnienie wciąż wywoływało emocje u pana Kazimierza.

 

Między dwoma okupantami
Polacy, Ukraińcy, Żydzi... Różne nacje mieszkały obok siebie, żyły ze sobą - nie tylko w Stanisławowie. Pewnie nie całkiem bezkonfliktowo, ale przecież pokojowo. Szczęśliwa kraina beztroskiego dzieciństwa Kazimierza Trampisza skończyła się jednak dlań - i dla wszystkich innych - 1 września 1939. A właściwie - 17, po wkroczeniu „krasnoarmiejców”. „Ulice i parki zaczęły tonąć w powodzi plakatów i transparentów wysławiających komunizm i portretów wodzów światowego proletariatu, ze Stalinem na czele. Jednocześnie zaczęły się aresztowania, które objęły wszystkie warstwy społeczne i wszystkie narodowości zamieszkujące miasto, w większości Polaków” - pisze Leszek Wierzejski w książce „Stanisławów, Gród Rewery”. Szykany nie ominęły i rodziny Trampiszów. Siostra matki - żona polskiego oficera - z kilkumiesięczną córeczką zostały wywiezione na Syberię. Wróciły - w 1946...

 

Fot. Norbert Barczyk / źródło: Pressfocus


Po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej na polskie Kresy wkroczył Wehrmacht. Po czerwonej, zaczęła się okupacja brunatna, która w niczym nie ulżyła codziennej doli Polaków. Codzienna walka o przetrwanie, o oszukanie głodu, wciąż trwała. Tylko dzieci odczuwały to może nieco inaczej. - Ja wciąż grałem w piłkę nad Bystrzycą! - Gdy już armia niemiecka przetoczyła się przez miasto i poszła dalej na wschód, zostawiła w Stanisławowie zaplecze frontu. Żołnierze i żandarmi strzegący porządku przychodzili czasem na boisko. Jednego dnia stoi sobie taki gówniarz - może dwa lata starszy ode mnie - za bramką. Sztylet z tyłu, za paskiem. Piłka wyleciała za boisko, młody pobiegł za nią, a ja myk - i pierwszy przy niej. Kiwnąłem go i podałem z powrotem na boisko. A on łap za sztylet i zamachnął się na mnie! Jego ojciec, który z kolegami grał na tym boisku, wyciągnął pistolet. Uciekłem. Wolałem nie czekać, co będzie dalej... - wspominał pan Kazimierz.
W lipcu 1944 do Stanisławowa ponownie weszli Sowieci - tym razem w glorii „oswobodzicieli”. I skutecznie „oswabadzali” wszystkich z ich dobytku... Za to pozwalali grać w piłkę. Nawet klub - Lokomotiw - założyli; koszulki, spodenki i getry dzieciakom dali. Trampisz w gronie rówieśników się wyróżniał, więc po paru miesiącach wśród juniorów zadebiutował - jako 16-latek - w seniorskiej drużynie.

 

W nieznane, czyli podróż w Bytomiu przerwana
Radość z tego faktu nie trwała jednak długo. Na mocy układu jałtańskiego wschodnie ziemie II Rzeczpospolitej trafiły w granice Związku Radzieckiego. Rozpoczął się masowy eksodus Polaków, którzy nijak nie chcieli się dać przekonać sowieckiej propagandzie, że „teraz będzie już tylko lepiej”. Ojca pana Kazimierza nie przekonało nawet 2500 rubli, które szef klubu - pułkownik Armii Czerwonej - ofiarował mu za to, aby syn dograł do końca rozgrywek w Lokomotiwie. 22 maja 1945 Trampiszowie - wsiadając do pociągu z napisem „Polska” - ruszyli w podróż w nieznane...
W nieznane, bo - opuszczając Stanisławów - nikt z podróżujących nie wiedział, gdzie torów kres. Teoretycznie w... Krzyżu - tym Wielkopolskim. Ale na którejś z kolejowych „krzyżówek” - postoju pod semaforem na skrzyżowaniu szlaków pod Bydgoszczą chyba - do wagonu przedarła się wiadomość, która sprawiła, że krew w jego żyłach zaczęła buzować: przedwojenni zawodnicy Pogoni Lwów osiedli w Bytomiu. - Matyas, Albański... Toż to moi bohaterowie byli! „Tato, Jezus Maria. Jak mamy gdzieś jechać, to ja bym chciał do tego Bytomia właśnie” - szarpałem ojca za rękaw - mówił nam pan Kaziu. A że pan Franciszek- jego ojciec - kolejarzem z zawodu był, sprawę szybko załatwił. Wagon z Trampiszami - choć był w środku składu - wypięto, a potem doczepiono do pociągu jadącego na południe, na Górny Śląsk. No i 5 lipca 1945 Kazimierz Trampisz, 16-letni młokos, który tak niedawno jeszcze na łąkach nad Bystrzycą Słotwińską „po bosoku za balem lotoł” - bo przecież tak widzieli go od tej pory miejscowi... - postawił po raz pierwszy nogę na ziemi, która na kolejne 70 lat stała się jego „nową małą ojczyzną”. Długo się do swych rówieśników - urodzonych jeszcze w czasach, gdy Bytom zwał się Beuthen, a polskiego uczących się dopiero po ucichnięciu wojennych armat - musiał przekonywać. Długo go twarda śląska godka w ustach Jana Liberdy czy Henryka Kempnego drażniła. Nigdy też nie wyrzekł się swego „bałakania”, a i po kresowemu szarmancki pozostał do ostatnich swych dni. Ale przecież w końcu wrósł w tę górnośląską ziemię, przełknął fakt, że Polonia - mająca być kontynuacją tradycji lwowskiej Pogoni w nowej rzeczywistości - z czasem wymieszała w sobie i zbliżyła środowiska kresowiaków i Ślązaków (nie Niemców!) z dziada pradziada. I chyba naprawdę trudno byłoby mu dziś zrozumieć, że wśród potomków obu tych grup jest dziś „dzieckiem niechcianym”...

 

Komentarze

Napisz komentarz
No photo
No photo~ŁagiewnikiUżytkownik anonimowy
~Łagiewniki :
No photo~ŁagiewnikiUżytkownik anonimowy
Znałem pana Trampisza osobiście był moim trenerem w trampkarzach Polonii Bytom cudowny człowiek z niezapomnianym akcentem może i dobrze że nie widzi tego co Ci złodzieje robią z Polonią którą kochał całe zycie
14 sty 15:23 | ocena:100%
Liczba głosów:4
100%
0%
| odpowiedzi: 1
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~Pb57Użytkownik anonimowy
~Pb57
No photo~Pb57Użytkownik anonimowy
do ~Łagiewniki:
No photo~ŁagiewnikiUżytkownik anonimowy
14 sty 15:23 użytkownik ~Łagiewniki napisał
Znałem pana Trampisza osobiście był moim trenerem w trampkarzach Polonii Bytom cudowny człowiek z niezapomnianym akcentem może i dobrze że nie widzi tego co Ci złodzieje robią z Polonią którą kochał całe zycie
I dobrze ze nie slyszy tego chamstwa i prostactwa które wrzeszczy wyp... stąd do Lwowa.
15 sty 09:20 | ocena:100%
Liczba głosów:1
100%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii