Jan Widera: Jedną nogą na emeryturze, a tu bum!

Jan Widera
 źródło: Materiały prasowe

Propozycja objęcia stanowiska podsekretarza stanu w ministerstwie sportu i turystyki była dla Jana Widery zaskakująca. Decyzję musiał podjąć w ciągu 48 godzin, ale dziś znany bytomski trener ma satysfakcję z tego, co udało się zrobić. Niewątpliwie pasjonat, bo tylko tacy mogą w sporcie wiele dokonać. Oddany sprawie bez reszty, w trenerskiej karierze konsekwentnie zmierzał do wyznaczonych celów.

Ma nienaganną sylwetkę, zawsze jest pogodny i skory do dyskusji, która często zmienia się w wielogodzinne polemiki. Niewątpliwie pasjonat, bo tylko tacy mogą w sporcie wiele dokonać. Oddany sprawie bez reszty, w trenerskiej karierze konsekwentnie zmierzał do wyznaczonych celów. Tylko jednego - ale o tym nieco później - nie zdołał osiągnąć...
On sam chyba nie przypuszczał, że po 40 latach pracy jako nauczyciel oraz ceniony trener zasiądzie w ministerialnym gabinecie i będzie odpowiedzialny za sport wyczynowy, osób niepełnosprawnych oraz dzieci i młodzieży. O kim mowa? Jan Widera, znany lekkoatletyczny trener oraz działacz z Bytomia, od ponad roku jest podsekretarzem stanu w ministerstwie sportu i turystyki. - Życie jest splotem przypadków – te słowa w czasie naszego spotkania 62-letni Widera powtórzył kilka razy. I rzeczywiście, jego sportowa biografia to potwierdza.

 

Z placu w Łagiewnikach

Mama biegała sprinty, tata grał w tenisa stołowego, oboje sukcesy notowali na poziomie mistrzostw Śląska. On, jak każdy chłopak, kopał w piłkę od rana do wieczora i marzył o karierze na miarę sław Górnika Zabrze. Chłopak z bytomskiej dzielnicy Łagiewniki miał niemal w zasięgu wzroku Polonię i Szombierki, ale kibicował Górnikowi. Ze strony kolegów spotykały go za to różne szykany.
- Kibicowałem Lubańskiemu, Szołtysikowi oraz innymi sławom z tamtych czasów – wspomina nasz bohater. - Miałem pseudonim „Olek”, choć teraz pewnie tylko najstarsi i najzagorzalsi kibice pamiętają o Alfredzie Olku, pracowitym pomocniku. Mówiono, że ma „żelazne płuca”, bo biegał od pola do pola karnego, a ja też miałem doskonałą wydolność. W tamtych czasach jak się nie grało w piłkę, to biegło się na pobliski stadion koło Huty Zygmunt i próbowało sił w biegach, skokach czy rzutach. To było naturalne, innych atrakcji nie mieliśmy.

 

Nie został następcą Olka, bo...

Kto wie, jak potoczyłyby się losy nastoletniego Janka, gdyby nie jeden niefortunny wypadek.
- Jako 17-latek grałem w ataku w A-klasowym ŁKS-ie Łagiewniki. Wyjechaliśmy do Nakła Śl., gdzie odbywał się festyn. Jedną z atrakcji był mecz z miejscowym zespołem - opowiada minister. - Próbowałem wyjść do górnej piłki i zostałem podcięty. Murawa nie była zbyt równa i spadając, złamałem rękę w dwóch miejscach. Szpital w Chorzowie, potem operacja. Dopiero po pół roku mogłem wrócić do ulubionych zajęć sportowych. Rodzice już niezbyt przychylnie patrzyli na piłkę i zasugerowali, że swoje zainteresowanie powinienem skierować na inną dyscyplinę. No i nie zostałem piłkarzem.

 

Przypisany płotkom

Ukończył szkołę zawodową, a później trafił do technikum mechanicznego w Bytomiu. Jeden z jego znajomych musiał skończyć z lekką atletyką w Polonii, bo przytrafiła mu się poważna kontuzja.
- Zostałem namówiony przez kolegę, którego notabene spotkałem po latach w RPA - on tam zamieszkał, zaś ja przyjeżdżałem na zgrupowania klimatyczne. Trafiłem do trenera Władysława Steca, człowieka z niezwykle bogatą biografią wojenną i powojenną, który był trenerem w Polonii i jednocześnie wykładowcą w ówczesnej Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego. Znakomicie prowadził treningi ogólnorozwojowe i zaraz zorientował się, że jestem szybki i wytrzymały. Pamiętam, w maju zapisałem się do sekcji, a jesienią wystartowałem w pierwszych zawodach. Na 400 m uzyskałem 52 sek. To był niezły wynik jak na debiut, ale wówczas nie przypuszczałem, że z lekką atletyką będzie związane moje życie - uśmiecha się Widera.

 

Naturalny wybór

Już w Akademii Wychowania Fizycznego w Katowicach trafił do grupy Ryszarda Skowronka, wielobojowego mistrza Europy oraz dwukrotnego olimpijczyka (5. miejsce w Montrealu 1976).
- Nie miałem problemu z treningami oraz studiami, choć nie zdołałem osiągnąć klasy mistrzowskiej i mój rekord na niskich płotkach wynosi 51,34 sek - wspomina. - W mistrzostwach krajowych na otwartym stadionie ocierałem się o podium i tylko w hali raz udało mi się zdobyć medal, w Zabrzu. Na studiach wybrałem rehabilitację, by poznać lepiej organizm, a to w trenerskim fachu się przydaje. Już wówczas chciałem być trenerem i skończyłem specjalizację z lekkiej atletyki. Mieliśmy fajną grupę w sekcji i tam też poznałem przyszłą żonę Kingę, która biegała przez płotki.
Dwa lata pracował w AWF, ale kariera naukowa nie była mu pisana. Ożenił się w 1981 r. Sportowe małżeństwo, pełne marzeń i zapału, trafiło do Złotego Potoku, gdzie Tadeusz Gazda, kolejny lekkoatletyczny entuzjasta, w Zespole Szkół Rolniczych potrzebował fachowców. Na kameralnym obiekcie można było prowadzić zajęcia, zaś na pobliskim osiedlu budował się dom nauczyciela.

 

Propozycja na lata

Na weekendy przyjeżdżali do Łagiewnik. Pewnego razu odwiedził go nieco starszy kolega Ryszard Caban i zaproponował pracę w szkole sportowej nr 13 w Bytomiu.
- Wiele zawdzięczam Ryśkowi, bo od niego uczyłem się fachu, dojrzewałem jako trener i przez wszystkie lata mocno mnie wspierał, gdy brałem urlopy w czasie przygotowań do najważniejszych imprez sezonu - wyjaśnia Widera. - Gdy zaczynałem pracę, nie przypuszczałem, że w jednej szkole będę pracował przez 40 lat...

 

Żona podpowiedziała

- Gdy trenowałem dzieciaki oraz młodzież, nigdy nie przywiązywałem wagi do wyników, medali, nie intensyfikowałem treningów. W swojej pracy zdobyłem może z 30 medali w młodzikach oraz juniorach, a są trenerzy, którzy mają ich ponad setkę. Uważam, że ważniejsze jest doprowadzić do medali w imprezach młodzieżowych oraz seniorach - akcentuje trener-wiceminister.
Tak też było z Markiem Plawgą, którego doprowadził do brązowego medalu mistrzostw świata oraz tytułu halowego mistrza Europy. - To żona podpowiedziała mi, że warto zainteresować się chłopakiem z V klasy szkoły w Bytomiu-Stroszku. Marek był zafascynowany koszykówką. Miał do niej świetne predyspozycje: wysoki, szczupły i szybki. Przekonałem go do szkoły sportowej. Owszem, graliśmy w koszykówkę, ale główny akcent był położony na lekką. I tak się zaczęła nasza 19-letnia współpraca, dodam wcale niełatwa. Już pod koniec naszej pracy długo rozmawiałem z Markiem, czy nie chce zmienić trenera. Może miałby jakiś dodatkowy bodziec, ale szybko odpowiedział: - Trenerze, dokończymy to, co zaczęliśmy.

 

Pozostał niedosyt!

Plawgo był niebywałym talentem, który w mistrzostwach świata juniorów Santiago de Chile w 2000 r. w biegu na 400 m ppł sięgnął po złoto wynikiem 49,23 sek., do tej pory nie poprawionym.
- A miał nie jechać, bo wcześniej skręcił nogę. Było sporo nerwów, ale pojechał i w efektownym stylu zwyciężył. Owszem, pozostał niedosyt. Każdy zawodnik oraz jego trener marzy o medalu olimpijskim. Jako trener, niestety, nie doprowadziłem Marka do tego, choć była ku temu okazja. Śmiem twierdzić, że gdybym był obecny w Atenach (2004 r. - przyp. red.), wówczas Marek stanąłby na podium. A dlaczego nie pojechałem? Bo musiałem ustąpić miejsca jakiemuś działaczowi. Przy takich wyjazdach zawsze są targi i niesnaski.
W Atenach Plawgo w półfinale uzyskał 48,16 sek. i ustanowił rekord kraju, zaś w finale 49,00 wystarczyło na 6. lokatę. Ten wyczyn powtórzył w Pekinie z czasem 48,52.

 

Ministrowie biegają

Witold Bańka, obecny minister sportu i turystyki, był czołowym 400-metrowcem (rekord życiowy 46,11 - 2007 r.) i w sztafecie 4x400 m w mistrzostwach świata w Osace 2007 r. zdobył brązowy medal. Ponadto polscy 400-metrowcy z jego udziałem sięgnęli po złoto Uniwersjady w Bangkoku 2007 oraz srebro w Belgradzie 2009. Kiedy w 2008 r. zmarł trener Jan Dera (wychowawca płotkarki Lucyny Langer-Kałek), sportowe drogi biegacza Bańki i trenera Widery się połączyły.
- Mieliśmy okazję współpracować przez trzy lata, ale gdy nie udało się złamać bariery 46 sek., Witek postanowił zrezygnować – wyjaśnia Widera. - Ale teraz biegamy razem kilka razy w tygodniu po 8-10 kilometrów. Mamy w Warszawie trasę wytyczoną wokół ogródków działkowych. Po intensywnym, pełnym emocji dniu pracy, ruch na świeżym powietrzu dodaje energii. Musimy nie tylko dbać o kondycję, ale i świecić przykładem - śmieje się minister.
Propozycja objęcia stanowiska podsekretarza stanu w ministerstwie była zaskakująca. Decyzję trzeba było podjąć w ciągu 48 godzin.
- Problemów merytorycznych się nie obawiałem, ale nowościom zawsze towarzyszy niepewność - tłumaczy Widera. - Miałem już zamiar przejść na emeryturę po 40 latach, ale ostatecznie przyjąłem propozycję. Ten rząd jest nie tylko prospołeczny, ale również prosportowy, co widać w każdym naszym działaniu.

 

Zmiana strategii

- Cały świat inwestuje w te dyscypliny, które dają medale w igrzyskach olimpijskich - przekonuje Widera. - Świetnym przykładem są Brytyjczycy. W 1996 r. w Atlancie zajmowali 37. miejsce, zaś 16 lat później w Londynie byli w czołowej trójce. Postawiliśmy na wioślarstwo, kajakarstwo, kolarstwo, lekką atletykę, pięciobój nowoczesny. W dalszej kolejności zapasy i dżudo, które choć na razie są w dołku - powoli się odbudowują. Dotyczy to tylko sportu wyczynowego a nie sportu dzieci i młodzieży, gdzie staramy się stworzyć wszystkim dyscyplinom podobne warunki. Środki publiczne muszą być wydatkowe transparentnie, efektywnie i celowo. Te elementy są najważniejsze. Tymczasem w związkach bywa różnie. Niektóre z nich wydają pieniądze niezgodnie z przepisami. Efekt? Wiele z nich musi je zwracać do kasy ministerstwa. Zadłużenie, brak transparentności w funkcjonowaniu i niski poziom zarządzania – to tylko niektóre z patologii. Instytut Badań Edukacyjnych przeprowadził ankietę, w której trenerzy, sportowcy i działacze klubowi suchej nitki nie zostawili na tej działalności. Oczywiście nie dotyczy to wszystkich, bo są podmioty, które dobrze pracują. Nie ma żadnej taryfy ulgowej dla afer korupcyjnych, nepotyzmu czy też powiązań kapitałowych. Właśnie dlatego zmieniamy ustawę o sporcie. Nowy akt wiele z tych spraw reguluje. Trzeba jednak podkreślić, że nie naruszamy autonomii żadnego związku, bo i takie głosy protestu słyszeliśmy. Pieniędzy w sporcie nie brakuje, ale trzeba je umiejętnie wydatkować.

 

Wiele zrobione, wiele przed nami

Czy znalazł Pan właściwe miejsce dla siebie? - pytam na zakończenie naszego spotkania. - Zdecydowanie tak, bo wiem, ile udało się zrobić. Ustawa antydopingowa, zmiana ustawy o sporcie, Rządowy Program KLUB, SKS, Kodeks Dobrych Praktyk Sponsoringowych, Team 100 – a to przecież nie koniec! Wiem również, ile jeszcze pracy przed nami. Ale to tylko mobilizuje do działania, bo jednak nie wszystko w życiu jest dziełem przypadku - usłyszałem w odpowiedzi od trenera-ministra, sportowego pasjonata.

 

Z tej samej kategorii