Sylwester Bednarek: Mam dużo mocy!

Sylwester Bednarek
 fot. Piotr Matusewicz  /  źródło: Pressfocus

Jestem szczęśliwy, że w ogóle mogę wystartować w igrzyskach, rok temu mogłem tylko o nich marzyć - mówi skoczek wzwyż.

Lato 2009 dla 20-letniego wówczas Sylwestra Bednarka było niezwykle udane. W lipcu został w Kownie młodzieżowym mistrzem Europy w skoku wzwyż z wynikiem 2,28, zaś w sierpniu zdobył brązowy medal mistrzostw świata w Berlinie, bijąc rekord życiowy rezultatem 2,32. Wydawało się, że przed lekkoatletą z Łodzi otworem stoi wielka kariera, ale przerwało ją pasmo kontuzji kolan oraz zerwanego ścięgna Achillesa. Od wielu lat utalentowany zawodnik walczył o powrót na rozbieg. Ten sezon wydaje się powrotem do skakania na poziomie, do jakiego był predysponowany. Z występem w igrzyskach olimpijskich Bednarek wiąże duże nadzieje.

WŁODZIMIERZ SOWIŃSKI: Kilka lat pana nie widziałem tak uśmiechniętego i zadowolonego jak teraz – zwracam się do skoczka wzwyż tuż po zakończonych w ubiegły czwartek zawodach o Grand Prix Sopotu.
SYLWESTER BEDNAREK: - Jeżeli nic nie boli, no prawie, to trudno się nie cieszyć i nie być w dobrym nastroju. Przez kilka sezonów przeżywałem koszmar. Gdy wyleczyłem kontuzje, trochę potrenowałem, coś tam skoczyłem, to znów się coś urywało... I tak na okrągło. Nie było więc powodów do radości.

W tajemnicy przed sezonem zmienił pan trenera. Dlaczego?
- Oj, to długa historia...

To może chociaż w skrócie?
SYLWESTER BEDNAREK: - Po zakończeniu poprzedniego sezonu rozliczałem się ze sobą. Doszedłem do wniosku, że po tylu latach w Łodzi pora na zmianę. Z trenerem Lechem Krakowiakiem pracowaliśmy od samego początku, minęło 12 lat. Potrzebowałem nowych bodźców. Nadarzyła się możliwość skorzystania z opieki męża Kamili Lićwinko, Michała. Przy okazji miałem zapewniony cykl szkoleniowy, bo moje ubiegłoroczne wyniki nie predysponowały mnie do tych komfortowych. Z Kamilą przeszedłem cały cykl, mogłem trenować na zgrupowaniach klimatycznych w USA i we Włoszech. Gdy u nas było zimno, tam mieliśmy idealne warunki do ćwiczeń. Byłem sparingpartnerem Kamili, bo zdecydowanie raźniej się ćwiczy w dwójkę.

Jak wiele zmian w treningu zaserwował nowy trener?
SYLWESTER BEDNAREK: - Po kontuzjach nie mogłem wykonywać dwóch treningów dziennie, bo wszystko bolało. Michał zadbał o mnie, wykonaliśmy wiele ćwiczeń specjalistycznych, wzmacniających kręgosłup oraz zdezelowane kolana. I dlatego teraz mogę już trenować dwa razy dziennie bez żadnej szkody. I co najważniejsze, wytrzymuję je! To dla mnie poważny wyczyn.

Jak pan ocenia ten sezon tuż przed startem w Rio?
SYLWESTER BEDNAREK: - Moim zdaniem udany, bo ustabilizowałem się na wysokości. Już nie mam konkursów kończonych na 2,15, by w kolejnym starcie zadziwić siebie oraz fachowców i skoczyć znacznie wyżej. W tym sezonie najniżej kończyłem na 2,22, ale zawody były w deszczu i wówczas mogliśmy robić wszystko, tylko nie skakać (śmiech). Potem było 2,24, 2,25, 2,27 i 2,29. A w Sopocie nawet 2,30. Jestem usatysfakcjonowany, bo widać, że forma już kształtuje się na odpowiednim poziomie. Przed mityngiem miałem 10-dniowe zgrupowanie w Spale, które dało mi tak w kość, że dwa dni przed startem w Sopocie na treningu technicznym nie mogłem pokonać nawet dwóch metrów. Ale podczas zawodów pojawiła się adrenalina, mobilizacja i już fajnie wyszło.

Czego brakuje, by skakać jeszcze wyżej?
SYLWESTER BEDNAREK: - Mam dużo mocy, ale jeszcze muszę poprawić technikę. Nie czarujmy się, z nią ciągle jestem w tyle. Po tych wszystkich kontuzjach nie mogę dojść do tego, co kiedyś wykonywałem naturalnie. Teraz - niestety – w różnych fazach skoku trochę szpecę. Ot, takie życie skoczka wzwyż.

Atakował pan 2,33 i niewiele zabrakło do nowego rekordu życiowego. W której próbie było najbliżej?
SYLWESTER BEDNAREK: - Zdecydowanie w trzeciej, wówczas byłem wyżej, złapałem trochę pionu. Cały czas jednak atakuję barkiem i lecę płaskim lotem. Powinienem to mocno zablokować, wykorzystać moc w górę i dopiero później atakować poprzeczkę. Niestety, operacje kolan i zerwany Achilles dają o sobie znać...

Jaki wynik usatysfakcjonuje pana w Rio?
SYLWESTER BEDNAREK: - Chciałbym poprawić rekord życiowy 2,32, który dzierżę od mistrzostw świata w Berlinie. Od tej chwili upłynęło sporo czasu. Perypetie zdrowotne sprawiły, że nie było żadnego sposobu, by zbliżyć się do tego rezultatu. Teraz są wyraźne symptomy, że skoki na takich wysokościach są możliwe. Konkursy o stawkę mnie mobilizują, więc liczę, że w Rio wyzwolę dodatkową moc oraz energię. Skoczyć 2,33 lub nieco wyżej w tak ważnym starcie to mój cel, który pragnę zrealizować. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Jak w piątek dotrze pan do wioski olimpijskiej, to pewnie będzie już w niej prąd i woda...
SYLWESTER BEDNAREK: - Dochodzą mnie różne wieści organizacyjne, ale tak jest, gdy wszystko kończy się na pięć minut przed. Stworzyć wioskę dla 12 tysięcy uczestników widocznie było dla Brazylijczyków trudnym wyzwaniem. Jestem jednak szczęśliwy, że w ogóle mogę wystartować w igrzyskach. Woda, mydło i prąd schodzą na dalszy plan (śmiech).

Z tej samej kategorii