Piotr Małachowski: Złota listem nie przyślą!

Piotr MaŁachowski
 fot. Piotr Matusewicz  /  źródło: Pressfocus

Konkursy, eliminacyjny i finałowy, w Rio będą nieprzewidywalne - przekonuje główny faworyt wśród dyskoboli.

Mistrz świata, wicemistrz olimpijski z Pekinu oraz dwukrotny mistrz Europy zachowuje stoicki spokój, choć chyba doskonale zdaje sobie sprawę, że start w Rio może być ukoronowaniem jego kariery. Dyskobol wrocławskiego Śląska w tym sezonie przewodzi stawce rywali, ale... to wcale nic nie oznacza.
WŁODZIMIERZ SOWIŃSKI: Co pański syn Henio mówi o występie taty w Rio?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - (śmiech)... Heniu jeszcze sobie nie zdaje sprawy z tego, że jego ojciec będzie występował w igrzyskach. Chyba jednak podświadomie coś czuje, bo taty nie ma ciągle w domu. On nie wie o Rio, ale ja wiem, że nie chciałbym, by był dyskobolem. Sport zawodowy to twardy kawałek chleba. Zresztą, nie zamierzam decydować za niego, niech sam wybierze. To taka dygresja skoro zapytał pan o Henia... Synek pewnie będzie siedział przed telewizorem, bo będzie chciał zobaczyć tatę w telewizji.
Przyzna pan, że ten sezon układa się panu nadzwyczajnie.
PIOTR MAŁACHOWSKI: - To prawda, ale wynika to też z tego, że wszyscy zawodnicy ze światowej czołówki rzucają krócej. Kiedyś miałem rezultaty w okolicach 68 metrów i byłem czwarty, piąty w Diamentowej Lidze (67,19 i 5. w IO w Londynie - przyp.red.) . Teraz gdy osiągnie się 63 metry można stanąć bez żadnego obciachu na podium. Poziom wyraźnie spadł, a że ja rzucam w miarę stabilnie stąd to wszystko dla mnie, jak pan to określił, układa się nadzwyczajnie. Ale ja tego tak nie odbieram.
Czym można wytłumaczyć słabszą formę rywali?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - To są zawirowania wokół mojej konkurencji i wszystko odbywa się na zasadzie sinusoidy. Raz w górę, raz w dół, ale to normalne dla dyskoboli.
Czy Piotr Małachowski sobie siedzi, patrzy w niebo i myśli już złocie w Rio?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - Do wszystkiego podchodzę z dystansem, bo to są przecież igrzyska olimpijskie. Można z kretesem przepaść w eliminacjach, ale można też super zaprezentować się w kwalifikacjach, zaś blado w finałach. Wiele startów nauczyło mnie pokory...
Za panem przemawia doświadczenie i chyba nie można mówić o tremie. Dlaczego pan się tak asekuruje?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - Znakomici rajdowcy nieraz przejechali kulę ziemską podczas swoich niebezpiecznych rajdów, a trafia się im wypadek na prostej drodze i w niegroźnej sytuacji. W sporcie nie ma rzeczy stuprocentowych. Gdyby to wszystko było takie proste... Skoro byłoby pewne, że będę miał złoto, to nie musiałbym jechać na igrzyska, a medal przysłaliby w kopercie. A może zaprosiliby mnie tylko na samą dekoracje. Koszty byłyby znacznie mniejsze... (śmiech)
Jednak przyznaje pan, że wynik 68 metrów daje pewien komfort i...?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - To prawda, ten rezultat pewnie da w Rio podium, ale nie wiadomo jakiego koloru medal.
Którego z konkurentów boi się pan najbardziej?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - Przed żadnym rywalem nie pękam, bo to nie w moim stylu! Niemniej jest ich dużo i muszę się mieć na baczności przed wieloma zawodnikami. Robert Urbanek, Hartingowie - młody Christoph i stary Robert, Philip Milanov, Gerd Kanter, Hiszpanie, Kubańczycy. Teraz jest szeroka grupa dyskoboli, która jest mniej więcej na tym samym poziomie i jeden z nich może wypalić. Każdy może mieć medal i każdy może nie wejść do finałowej dwunastki. Nie mam komfortu czy luzu, ale przed żadnym z rywali nie czuję lęku.
Jak będzie pan spędzał dni przed wylotem do Brazylii?
PIOTR MAŁACHOWSKI: - Znad morza szybko przemieściłem się do Spały, by w ciszy oraz skupieniu dopieszczać technikę. Ślubowanie 4 sierpnia i wylot w następnym dniu. Potem już na miejscu czekają mnie rutynowe przygotowania do konkursów.

 

Z tej samej kategorii