Karol Hoffmann: Czas uczy pokory!

Karol Hoffmann
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl

Obecnie, przy dobrych podmuchach wiatru, mogę osiągnąć wynik w okolicach 17,30 - mówi wicemistrz Europy z Amsterdamu.

Gdy rozpoczynałem przygotowania do nowego sezonu, pomyślałem sobie: idę na całość. A jeśli znów coś się przytrafi? To rzucę wszystko w diabły, wezmę we wrześniu ślub z moją narzeczoną Martą, ustabilizuję życie, a na stadion lekkoatletyczny zaglądać będę w charakterze widza. Przecież nigdzie nie jest zapisane, że mam odnosić sukcesy – to refleksja, którą Karol Hoffmann, wicemistrz Europy w trójskoku, podzielił się z nami kilka dni temu.
Ale od mistrzostw Polski w Bydgoszczy sportowe życie Karola nabrało przyspieszenia - znalazł się na karuzeli, która pędzi do igrzysk olimpijskich w Rio.
- Na szczęście te czarne myśli już odrzuciłem, a wspomniałem o nich tylko w kontekście nastroju, jaki towarzyszył mi jeszcze kilka miesięcy temu. Teraz, co zrozumiałe, moje myśli krążą wokół startu w igrzyskach i koncentruję się na treningach. Choć... Paweł Wojciechowski, mój przyjaciel, po zdobyciu mistrzostwa świata (w skoku o tyczce – przyp. red.) opowiadał mi, że więcej udzielał wywiadów niż trenował. I tak rzeczywiście jest, mój telefon rozgrzał się do czerwoności, sypią się zaproszenia do mediów z prośbą o rozmowy. To szalenie miłe i sympatyczne, więc nie odmawiam, ale też i treningu nie zaniedbuję. Zresztą, tato mi powtarza w takiej chwili: skoro masz swoje pięć minut, to jej wykorzystuj, bo następnych możesz nie mieć (śmiech). No, to wykorzystuję - dodaje srebrny medalista z Amsterdamu, który jest teraz wulkanem energii.

Bez żadnej presji
Zdzisław Hoffman, sensacyjny mistrz świata z Helsinek w 1993 roku oraz wciąż aktualny rekordzista Polski (17,53), tato Karola, nie ukrywa swojego szczęścia, bo i on pewnie miał pewne wątpliwości, co też z synem będzie. A sportowa przygoda Karola była najeżona wieloma problemami zdrowotnymi.
- Karol miał świetne warunki fizyczne, grzechem byłoby więc, gdyby nie uprawiał sportu - mówi pan Zdzisław. - Próbował kilku konkurencji: skoku w dal, wzwyż, u trenera Andrzeja Krzesińskiego ćwiczył skok o tyczce. Swego czasu zapisał się na akrobatykę, zastanawiał się też, czy nie zostać wieloboistą. O trójskoku niewiele się mówiło, bo w naszym kraju istnieje nieco absurdalny przepis, że treningi w tej konkurencji można zacząć dopiero w wieku 15 lat. I często tak bywa, że chłopak kończy 14 lat w grudniu, a już w styczniu startuje w zawodach młodzików. Żal mi oglądać tych chłopaków, bo mają problemy z techniką, rozbiegiem, a ich występy często są karykaturalne. Sam nigdy nie pchałem Karola do trójskoku, ale prawdą jest, że zawsze zachęcałem go do sportu. To był jego naturalny wybór i teraz, nie ukrywam, jestem z tego dumny.

Dobry wybór
Karol w cieniu taty, mistrza świata? To pytanie pojawia się zawsze, gdy ojciec i syn uprawiają tę samą dyscyplinę czy konkurencję. - Tato napisał swoją piękną sportową historię i tego mu nikt nie odbierze. Nigdy nie zamierzałem się z nim porównywać, ale chyba z naturalnych przyczyn dziennikarze nagabują mnie, kiedy w końcu poprawię jego rekord kraju. A ja odpowiadam: nie jestem w tym sezonie na ten rekord przygotowany! Wybrałem trójskok, bo ta konkurencja najbardziej mnie interesowała. W złych chwilach zastanawiałem się, czy go nie rzucić i nie spróbować sił w innej konkurencji. Raz - eksperymentalnie - przebiegłem 110 m ppł. Osiągnąłem czas 14,91 sek. i wraz z trenerem zastanawialiśmy, czy przypadkiem na poważnie zająć się tą konkurencją. Skończyło się tylko na pomyśle. Kamila, moja starsza siostra, z wykształcenia psycholog, kiedyś mnie zapytała: - Czy ty przypadkiem nie masz kompleksu taty? Zrobiłem wielkie oczy, ale natychmiast kategorycznie zaprzeczyłem. Mam świetne relacje z tatą, on zawsze mnie wspiera. Jakkolwiek spojrzeć, nasze sportowe drogi zdecydowanie się różnią i tylko dziennikarze przy okazji bawią się w porównania.

Trudne chwile
„Karol to niebywały talent” - twierdzili znawcy przedmiotu. Ale przez długi czas poważne kontuzje nie pozwoliły mu sięgać po laury najważniejszych imprez. Podczas mistrzostw Europy w Helsinkach w 2012 roku w eliminacjach osiągnął 17,06, poprawił rekord życiowy o 11 cm i był trzecim trójskoczkiem, który w konkursie przekroczył granicę 17 m. Wydawało się, że wszystko idzie we właściwym kierunku. W finale było już nieco gorzej, zajął w nim 6. lokatę, z wynikiem 16,74. Mało kto wiedział, że na skoczni pojawił się z urazem.
- To była pierwsza kontuzja stawu skokowego, a w rezultacie przerwa w treningach i występach, ale wówczas tym zbytnio się nie przejmowałem - mówi wicemistrz Europy. - Po Helsinkach pojechałem na Diamentową Ligę do Paryża i osiągnąłem zaledwie 15,60. Temu startowi towarzyszył piekielny ból, bo okazało się, że całkowicie rozsypała się łąkotka.
A potem operacja, długotrwała rehabilitacja oraz walka o powrót na skocznię. - Mozolnie układasz swoje życie sportowe, a gdy dopada cię kontuzja, wszystko zaczyna się pieprzyć - wspomina Karol.
To był trudny moment, bo już wydawało się, że wszedł na odpowiednią ścieżkę. Ale właśnie wtedy wykazał charakter - dodaje Hoffmann senior.
- Powrót po operacji łąkotki był trudny, ale nie przypuszczałem, że czeka mnie kolejny koszmar - dodaje junior. - Operacja więzadła rzepki w 2014 roku to już była „najwyższa liga”. Pojawiły się czarne myśli. Zacząłem się zastanawiać, czy to nie jest mój koniec, bo przecież trzy poważne operację to co najmniej o dwie za dużo. Przez miesiąc z okładem chodziłem w ortezie, ale - jak teraz oceniam - miałem szczęście. Poznałem panią dr Annę Głowacką, fizjoterapeutkę, która doprowadziła mnie do tego miejsca, w którym jestem teraz. Przed sezonem najpierw ćwiczyłem właśnie pod kierunkiem pani doktor, a potem szedłem na zajęcia z moim trenerem. Nie było żadnej taryfy ulgowej. Ale gdybym w tym sezonie nie zdobył nic nadzwyczajnego, rezygnacja ze sportu byłaby bardzo realna.

Przełomowy moment
Zdzisław, senior rodu, doskonale wie, ile trudu kosztowało Karola sięgnięcie po srebro ME w Amsterdamie, uzyskanie wartościowego wyniku, a wraz z nim nominacji olimpijskiej.
- Gdy Karol startuje w zagranicznym mityngu albo - jak teraz - w mistrzostwach Europy, telewizja nie rozpieszcza trójskoczków - nieco złośliwie zauważa mistrz świata. Podczas konkursu odpaliłem dwa komputery i dwa telewizory, by przypadkiem nic nie umknęło mojej uwadze. Na szczęście niemiecka stacja ZDF, za sprawą Maxa Hessa, lidera konkursu, śledziła rywalizację. Towarzyszyły nam w domu niesłychane emocje, choć już po konkursie eliminacyjnym byłem przekonany, że nie powinno być źle. Gdy zobaczyłem na ekranie telewizyjnym, jak Karol się porusza i jak jest skoncentrowany, pomyślałem, że będzie niezły wynik. Pierwszy skok to 16,56 - nigdy w dotychczasowej karierze nie miał takiego wyniku otwarcia. A potem regularnie skakał daleko, aż wreszcie osiągnął rekord życiowy - 17,16 cm. Uważam, że występ w Amsterdamie może być przełomowy w karierze Karola. Teraz jednak trzeba rozsądnie spożytkować dni pozostałe do igrzysk.
Karol podczas konkursu w Amsterdamie spalił tylko jeden skok. To w trójskoku dość rzadkie zjawisko, bo na ogół więcej jest skoków nieudanych niż dobrych.
- Mając już w trakcie próby świadomość, że popełniłem drobne błędy techniczne, a skok zanosił się na taki w granicach 16,30, specjalnie nadepnąłem na belkę, by nie mierzyć takiej odległości. Zresztą u miotaczy czy oszczepników to częste zjawisko. W rozmowach z dziennikarzami często pada pytanie, kiedy poprawię rekord taty. Początkowo, przyznaję, irytowało to mnie, bo - powtarzam po raz kolejny - na tę chwilę nie jestem przygotowany na rekordowe skoki. Co najwyżej, przy dobrych podmuchach wiatru, mogę osiągnąć wynik w granicach 17,30. Jeżeli tylko zdrowie dopisze, to na rekord taty przyjdzie czas. Jednak na razie mam pozwolenie od Michała Joachimowskiego, by poprawić rekord w hali (17,03 z 1974 r. - przyp.red.) - mocno akcentuje wicemistrz Europy.

Małymi krokami
Hoffmann junior do występu w Rio na razie przygotowuje się w Aleksandrowie Łódzkim, bo uznał z trenerem, że w domu najlepiej... A potem wyjeżdżają nieco wcześniej do Rio, by już na miejscu przystosować się do warunków klimatycznych i startowych.
- Namawiam Karola, by działał metodą małych kroków. Najpierw trzeba przebrnąć szczęśliwie eliminacje, a potem ewentualnie myśleć o decydującej rozgrywce. Zresztą syn lubi atmosferę wielkich zawodów. W Amsterdamie otrzymał dodatkowe paliwo - uważa Zdzisław Hoffmann.
- Nie wybiegam w przyszłość, koncentruję się na tym, co mam do zrobienia w danym dniu podczas treningu - uzupełnia Karol. - Kilka przykrych doświadczeń i trudnych chwil nauczyły mnie pokory i ona jest dla mnie najważniejsza.
- A po igrzyskach - może także sukcesach - przyjdzie czas na weselisko z przytupem - prowokujemy z lekka trójskoczka.
- Przecież nie jesteśmy celebrytami, lecz skromnymi ludźmi, nie szukającymi rozgłosu - ripostuje Karol. - Wesele będzie w gronie rodzinnym oraz przyjaciół, może co najwyżej znajdzie się chwila na drobne fajerwerki.

 

 

 

Z tej samej kategorii