Justyna Święty: Najpiękniejszy weekend mojego życia

Justyna Święty
 źródło: Pressfocus

Piękniejszego weekendu nie mogłam sobie wyśnić, to były mistrzostwa moich marzeń. W Belgradzie miałam nie startować, ale byłam w tak dobrej dyspozycji, że szkoda było jej nie wykorzystać - mówi Justyna Święty. Złota i brązowa medalistka halowych ME od kilku lat jest najszybszą Polka na dystansie 400 metrów. Urodziła się 24 lata temu w Raciborzu, reprezentuje AZS AWF Katowice.

TOMASZ MUCHA: Zmęczona, ale pewnie szczęśliwa?

JUSTYNA ŚWIĘTY: Przyznam, że choć w ciągu trzech dni wystartowałam w czterech biegach, nie czuję zmęczenia (rozmowa odbyła się w środę - przyp. red.). Przeważa euforia i radość. Wciąż chyba działa jeszcze adrenalina.


Występ całej reprezentacji w Belgradzie był wspaniały, o czym świadczy 12 medali w tym aż 7 złotych. Ale to pani została multimedalistką - złota w sztafecie i brązowa indywidualnie. Tak sobie to pani zaplanowała?
JUSTYNA ŚWIĘTY: Piękniejszego weekendu nie mogłam sobie wyśnić, to były mistrzostwa moich marzeń. Jadąc do Belgradu byłyśmy z dziewczynami kandydatkami do podium w sztafecie, suma naszych czasów była najlepsza spośród wszystkich drużyn, więc pytanie było raczej, jakiego koloru będzie medal. Ale to są sztafety - tu nigdy nie można być niczego pewnym do końca, podczas biegu mogą się wydarzyć różne cuda.


Modelowo wytrzymałyście jednak presję.
JUSTYNA ŚWIĘTY: Tak naprawdę żadnej presji nie czułyśmy. Byłyśmy raczej spokojne i przekonane, że jak każda z nas pobiegnie swoje, to musi być dobrze. Patrycja Wyciszkiewicz miała się ustawić za Brytyjką, Małgosia Hołub miała utrzymać 2. miejsce, a atak na 1. pozycję miała przypuścić Iga Baumgart. Dziewczyny musiały mnie odciążyć, bo na ostatniej zmianie mogło być trudno o wyprzedzenie najlepszej z Brytyjek. Moją rolą było już utrzymanie prowadzenia do mety. I wszystko poszło zgodnie z planem.


Tym sposobem skompletowała pani wszystkie medale w hali.
JUSTYNA ŚWIĘTY: To prawda, ja i Małgosia Hołub mamy w kolekcji brąz poprzednich HME z 2015 roku w Pradze, srebro MŚ sprzed roku w Portland i teraz złoto. Bardzo cieszę się z brązowego medalu indywidualnie, bo to mój pierwszy taki sukces. Miejmy nadzieję, że to dopiero początek i teraz będę się już trzymała europejskiej czołówki.


Tymczasem podobno jeszcze w lutym chciała pani z mistrzostw zrezygnować!
JUSTYNA ŚWIĘTY: To prawda. Po igrzyskach olimpijskich i wyczerpującym poprzednim roku chciałam odpocząć. Przez ostatnich kilka lat jeździłam na wszystkie ważne zawody i ten sezon halowy był praktycznie jedynym, w którym mogłam trochę odpuścić. Miałam biegać, ale na luzie, bez startu w docelowej imprezie. Mistrzostwa Polski w Toruniu dwa tygodnie przed Belgradem pokazały jednak, że jestem w tak dobrej dyspozycji, że stwierdziliśmy z trenerem Aleksandrem Matusińskim, że aż szkoda byłoby jej nie wykorzystać. Jak widać decyzja była słuszna, nie żałujemy.


Trener trochę obawiał się jednak, że wasze osobiste ambicje - aż trzy z was miały prawo startu indywidualnie na 400 metrów - mogą być przeszkodą w zwycięstwie sztafety, że nie wszystkie wytrzymacie tak dużo biegania. Było burzliwie?
JUSTYNA ŚWIĘTY: Raczej spokojnie. Ale jak już jedzie się na takie mistrzostwa, to chce się walczyć na własne konto. Sztafeta jest dodatkiem, choć owszem, w naszym wypadku bardzo ważnym, bo największe szanse na sukcesy mamy w grupie, zwłaszcza w perspektywie mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Ale jak widać podjęłyśmy dobre decyzje, wszystkie zajęłyśmy wysokie miejsca indywidualnie (Hołub zajęła w finale 6. miejsce, Baumgart biegła w półfinale - przyp. red.), a w sztafecie wywalczyłyśmy złoto.

Z tej samej kategorii