Dlaczego Ewa Swoboda musiała przelecieć się do Madrytu i z powrotem

Ewa Swoboda
 /  fot. Radosław Jóźwiak  /  źródło: Cyfrasport

Lekkoatleci to najwięksi beneficjenci olimpijskich nominacji. Do Brazylii lecą nawet ci, których nie widziała krajowa federacja

Aż 71 lekkoatletów będzie reprezentować Polskę w Rio de Janeiro - to grubo więcej niż liczba tych, którzy wypełnili wszystkie zasady kwalifikacji ustalone przez Polski Związek Lekkiej Atletyki.

W 2-miesięcznym okresie od początku maja do początku lipca zawodniczki i zawodnicy większości konkurencji (tylko maratończycy i chodziarze mieli na to ponad rok) musieli dwukrotnie uzyskać wyśrubowane wskaźniki i tylko w zawodach wysokiej rangi; jedynie medaliści poprzednich igrzysk (a więc Tomasz Majewski i Piotr Małachowski) oraz finaliści ubiegłorocznych MŚ w Pekinie mogli minimum zaliczyć raz.


Na dodatek wszyscy kandydaci do występu w Rio musieli wystartować w czerwcowych mistrzostwach Polski seniorów. Z tego powodu na włosku zawisł nawet olimpijski debiut najszybszej od 30 lat polskiej sprinterki Ewy Swobody - 19-latka z Żor wybrała w tym czasie mityng w Madrycie, ale po alarmie pośpiesznie wracała do kraju i ostatecznie wylądowała na MP, zaliczając przelot tam i z powrotem nad połową Europy.

 

Dwa metry za blisko


W gronie tych, którzy wskaźników nie wypełnili w tym roku ani razu jest m.in. trzech chodziarzy na 20 km, dyskobolka Żaneta Glanc (w tym roku ponad 2 metry słabiej od minimum na IO), wieloboiści Karolina Tymińska i Paweł Wiesiołek (temu drugiemu zabrakło 5 pkt), kulomiotka Paulina Guba (1 cm na stadionie) czy Karolina Kołeczek w biegu na 100 m przez płotki (0,03 sek.).


- Nie wypada mi tego komentować, bo ostatecznie ten szeroki skład akceptowaliśmy, ale prawdą jest, że nie zgadza się on z zasadami, które przyjęliśmy pół roku temu - przyznaje prezes PZLA, Jerzy Skucha. - Ogólne życzenie było takie, żeby te zasady zostały poluzowane - dodaje eufemistycznie szef związku, ale nie chce wymieniać nazwisk osób, które na naciskały.


Można się więc tylko domyślać, że autorstwo pomysłu szerokiej lekkoatletycznej polskiej ławy w Rio pochodzi z Ministerstwa Sportu i Turystyki, na czele którego stoją „lekkoatleci”: Witold Bańka, medalista mistrzostw świata w sztafecie 4x400 metrów z 2007 roku, który nigdy na igrzyskach nie startował; z kolei wiceministrem odpowiedzialnym za sport wyczynowy jest znany trener z Bytomia Jan Widera, wieloletni opiekun szkoleniowy Marka Plawgi, brązowego medalisty w biegu na 400 m przez płotki z tychże MŚ 2007.

 

Ale podstawy były


Naciski, skądkolwiek by nie pochodziły, wystawiły jednak „surową” lekkoatletyczną federację na pośmiewisko, skoro jej ostre kryteria w ostatecznym rachunku nie decydowały o kształcie kadry olimpijskiej. Szef związku jest tego świadomy.


- Staram się koncentrować i dbać o wszystko, co możliwe do spełnienia dla tych najlepszych, tych, którzy mają walczyć o medale i finały. Jeżeli tu będzie sukces, to liczba tych, którzy szybko odpadną, bo pojechali bez formy, nie będzie tak istotna - podkreśla Skucha. - Żeby oddać jednak sprawiedliwość, każdy z olimpijczyków wypełnił kryteria światowej federacji IAAF, które można było uzyskiwać już w 2015 roku. Inaczej system zgłoszeń IAAF po prostu by ich nie przyjął - dodaje prezes PZLA.

Z tej samej kategorii