Anita Włodarczyk: Zrobiłam wielki remanent

Anita Włodarczyk
 fot. Łukasz Laskowski  /  źródło: Pressfocus

W przyszłym roku minie 15 lat mojego trenowania. Organizm daje mi o tym znać - mówi mistrzyni i rekordzistka świata w rzucie młotem, laureatka „Złotych kolców” 2015.

 

TOMASZ MUCHA: - Goni pani Irenę Szewińską pod względem liczby zwycięstw w „Złotych kolcach”, prestiżowym rankingu „Sportu” i PZLA. Już za rok po igrzyskach w Rio de Janeiro może się pani zrównać z legendą polskiego sportu i też mieć siedem trofeów!
ANITA WŁODARCZYK: - Oczywiście bardzo się cieszę, mam dodatkową mobilizację, żeby przejść do historii. Ale do Rio jeszcze dużo czasu...

 

- No znowu nie tak dużo, ledwie osiem miesięcy!

ANITA WŁODARCZYK: - To prawda. Myślałam sobie właśnie ostatnio, że tak niedawno były igrzyska w Londynie, a tu już zbliżają się kolejne. Czas biegnie coraz szybciej. Zwłaszcza w tym roku to czułam. W poprzednich latach 6 tygodni bez treningu strasznie mi się dłużyło, teraz minęło błyskawicznie.

 

- Czy szóste „Złote kolce” znajdą szczególne miejsce w pani warszawskim mieszkaniu?
ANITA WŁODARCZYK: - Będą w jednej oszklonej szafie z wszystkimi moimi trofeami, w której tak naprawdę nie ma już miejsca! Większość z nich i tak jest w rodzinnym domu w Rawiczu, gdzie mój pokój przerobimy chyba na miejsce tylko z pucharami. W przyszłości w Warszawie na pewno zrobię miejsce dla nich.

 

- Jak pani wykorzystała wolny czas po znakomitym sezonie, okraszonym mistrzostwem świata w Pekinie i historycznym rekordem 81,08 m?
ANITA WŁODARCZYK: - Wyjątkowo w tym roku nigdzie nie poleciałam do ciepłych krajów. Nie potrzebowałam wylegiwać się nad basenem, czy morzem. Tradycyjnie byłam tylko tydzień u brata w Anglii. Chciałam się wyciszyć, dużo spotykałam się w szkołach z dzieciakami. Ale potrzebowałam pomieszkać u siebie w domu, robić zakupy, spędzać czas w kuchni, wypić kawę, usiąść na kanapie, poczytać gazetę czy książkę. Jak mówiłam o tym znajomym, robili wielkie oczy. Ale ja cały rok jestem na walizkach, chciałam pożyć jak normalny człowiek. Mieszkanie posprzątałam chyba z sześć razy, zrobiłam wielki remanent w szafach, wymianę ciuchów (śmiech).

 

- Czyżby już myślała pani, żeby się ustatkować?
ANITA WŁODARCZYK: - Na razie skupiam się na tym, żeby w Rio zdobyć olimpijskie złoto. Ale pewnie jeszcze przed igrzyskami będę wiedziała, co dalej i analizowała różne warianty.

 

- Już przed Rio?! Więc pewnego pięknego letniego dnia postanowi pani, że...
ANITA WŁODARCZYK: - Myślę, że to nie będzie piękny dzień, ha ha! Obym jak najdłużej została w sporcie, ale nie da się ukryć, że mam już swoje lata, w przyszłym roku minie 15 lat mojego trenowania. Organizm jest już trochę wyeksploatowany i daje o tym znać.

 

ANITA WŁODARCZYK: Kręgosłup, na który musi pani dmuchać i chuchać, znów się odzywał?
- Odpukać, nie było większych problemów. Miałam dwa dni wolnego, ale to były sprawy przeciążeniowe, na takim poziomie sportu wyczynowego to normalne, że coś boli. Poza tym czuję już po swoim ciele, że to nie jest to samo, co na przykład dziesięć lat temu. Ale mam fajnie opracowany cykl ćwiczeń rozciągających, które wplatam w zajęcia – przed rozgrzewką, czy po treningu sprawnościowym. Nie jest to dodatkowa czynność.

 

- Zakładając scenariusz, że to koniec, to co wtedy?
ANITA WŁODARCZYK: - Po cichu myślę, żeby pracować z dzieciakami, niekoniecznie jako trenerka rzutu młotem. Bardziej prowadzić zajęcia ogólnorozwojowe dla maluchów. Pokochałam to na praktykach studenckich. Złapałam bakcyla, uwielbiam to robić. Nie każdy zawodnik zostaje znakomitym trenerem, ale po głowie takie myśli krążą. Czas pokaże.

 

- Od trenera Krzysztofa Kaliszewskiego też pani odpoczęła?
ANITA WŁODARCZYK: - Kilka razy się widzieliśmy przy różnych okazjach, ale staramy się od siebie odpocząć, mimo że super nam się współpracuje. Chciałam zapomnieć o młocie. Dużo jeździłam na rowerze. Dwa razy w tygodniu robiłam tylko trening rekreacyjny, żeby zupełnie nie leżeć do góry brzuchem, ale żadnej sztangi ani młota w ręce nie miałam.

 

- Gdzie spędzi pani święta?
ANITA WŁODARCZYK: - Jeszcze nie wiem, czy w Rawiczu, czy rodzice i najbliżsi przyjadą do mnie do Warszawy. Bardzo się cieszę, że do stołu usiądziemy razem, bo takich chwil w roku jest bardzo niewiele. 20 grudnia kończymy zgrupowanie w Cetniewie, i do Balu Mistrzów Sportu jestem w Warszawie, a już następnego dnia po południu wsiadamy do samolotu. Powtarzamy rytuał z tego roku, bo to dobre rozwiązanie. Podczas 11-godzinnego lotu do RPA spokojnie odsypiamy zarwaną noc. Tam spędzimy trzy tygodnie, a potem na prawie 7 tygodni po raz szósty lecimy do USA.

 

Plebiscyt PS
Z tej samej kategorii