Trener brązowej sztafety: Wierzyłem w ten medal!

Aleksander Matusiński
 /  fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

Noc wcześniej spałem dobrze, byłem pewny swojej decyzji o zmianie składu na finał, ale tuż przed biegiem dopadł mnie potężny stres, że plan się nie uda, a ja zawiodę dziewczyny - wyznaje Aleksander Matusiński z Mysłowic, trener sztafety 4x400 metrów, brązowych medalistek lekkoatletycznych mistrzostw świata w Londynie.

TOMASZ MUCHA: Zagrał pan va banque – po niedzielnym finale powiedział, że decyzję o wymianie dwóch zawodniczek podjął pięć minut po biegu eliminacyjnym. To była najtrudniejsza decyzja w pana życiu, która zakończyła się najwspanialszą chwilą w zawodowej karierze?

ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Można tak powiedzieć. Wierzyłem w medal i cały czas przekonywałem do niego zawodniczki. Cztery lata temu na mistrzostwach świata w Moskwie miejsce w finale nam skradziono - mieliśmy dziewiąty czas eliminacji, nie weszliśmy, ale niedawno zdyskwalifikowano złote wtedy Rosjanki (na dopingu wpadła Antonina Kriwoszapka – przyp. red.). Teraz awansu do finału byłem pewny, bo zwyczajnie jesteśmy za dobrą sztafetą, żeby w nim nie biegać...

 

Ale miejsce i czas w eliminacjach nie rodziły wielkich nadziei na więcej...
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Powiedziałem dziewczynom, że nie jestem zadowolony, bo powinniśmy wejść do finału z dużym Q, czyli na miejscach 1-3 w serii, a nie z małym „q”, jak to było w Londynie. Nominalnie najlepszy skład uzyskał jednak dopiero 6-7. czas, a nie o to nam chodziło. Nie przyjechaliśmy na mistrzostwa, żeby zamykać stawkę. Nie pozostało nic innego, jak zaryzykować. Wiedziałem, że to ma sens.

 

Na czym opierał pan swoją wiarę – przecież Amerykanki, Brytyjki, Jamajki czy Nigeryjki mają po kilka szybszych zawodniczek od każdej z naszych?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: W teorii faktycznie - nie mieliśmy szans. Trzy Nigeryjki biegają 400 m poniżej 51,50, a my na tym poziomie mamy tylko jedną, Justynę Święty, która na dodatek przed mistrzostwami doznała kontuzji. Ale naszym atutem jest bardzo wyrównany skład, nie ma w jednym kraju tylu zawodniczek na poziomie 51-52 sekund, to ewenement. Nawet jak wypada Justyna, wciąż mamy bardzo silny zespół, co pokazaliśmy w czerwcu w Drużynowych Mistrzostwach Europy. Uświadamiałem dziewczyny, że jesteśmy zgrani, doświadczeni, biegamy płynnie, bardzo dobrze zmieniamy. Że lepsze czasy, które nabiegały inne sztafety nic nie znaczą, bo eliminacje są łatwiejsze, stawka jest rozciągnięta. A w finale nie ma ziewania, jest walka wręcz o pozycję, a w takiej sytuacji Afrykanki się gubią. My zresztą też w finale olimpijskim pobiegliśmy o prawie dwie sekundy wolniej niż w eliminacjach. I że może otworzy się jakaś furtka...

 

No i się otworzyła - kontuzji na drugiej zmianie doznała Jamajka... Ale przed biegiem nie miał pan ani chwili zwątpienia?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Denerwowałem się jak nigdy. Noc wcześniej spałem dobrze, byłem pewny swojej decyzji o zmianie składu, ale tuż przed finałem dopadł mnie potężny stres, że plan się nie uda, a ja zawiodę dziewczyny...

 

Zaczęła Małgorzata Hołub - wydawało się, że słabo...
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Na pierwszych zmianach w innych sztafetach zawsze biegają najlepsze, żadna z naszych dziewczyn nie jest w stanie im dorównać. Ale Gosia wykonała świetną robotę, nie straciła dystansu. Kluczowa była druga zmiana Igi Baumgart. Plan był taki, że albo jest wysoko już po 200 metrach i trzyma, albo przyczaja się na wirażu i uderza 120 metrów przed zmianą. Ten drugi wariant wypalił idealnie, Ola Gaworska ruszyła jako trzecia z kilkumetrową przewagą. Ważne było, żebyśmy zmieniali na czołowych pozycjach - nie w tłoku, gdzie dzieją się różne rzeczy - i biegali przy krawężniku. To się udało.

 

Wstawił pan jednak do składu absolutną debiutantkę oraz zawodniczkę po kontuzji, która po starcie indywidualnym sama się poddała, mówiąc, że nie chce osłabiać sztafety...
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Ta debiutantka, Ola Gaworska, biegała już wcześniej na zmianach 51,50, czyli prawie o sekundę szybciej od swojego najlepszego wyniku indywidualnie (52,45). To już jest wynik! Wymagam od dziewczyn, by na lotnych zmianach kradły przynajmniej 0,7 sekundy z rekordów na 400 metrów, to jest minimum przyzwoitości. Ola w finale miała 51,60, a więc też dobrze. Justyna zaś 51,20, a więc ponad 2 sekundy szybciej niż przed tygodniem indywidualnie (53,62). W sumie z eliminacji urwaliśmy ponad sekundę.

 

Jak przyjęły tę decyzję zawodniczki, które musiały oddać miejsce – Patrycja Wyciszkiewicz i Martyna Dąbrowska?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Z pełnym zrozumieniem. To są profesjonalistki, świadome tego, że jesteśmy drużyną. Od początku była umowa między nami, że na lotnych zmianach czas 51,50 to minimum, który trzeba nabiegać. W eliminacjach tak nie było. Na ostatniej zmianie Iga Baumgart uzyskała rewelacyjne 50,70, ale było już za późno, nic nie dało się zrobić, zajęliśmy czwarte miejsce.

 

W finale Baumgart wróciła na drugą zmianę i to ona wyprowadziła zespół na medalową pozycję. Wyrosła na liderkę?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: Iga dojrzała do sztafety, nauczyła się jej, bo wcześniej nie do końca potrafiła się w niej odnaleźć. Ale w tym roku uzyskała 51,71, została mistrzynią Polski, awansowała do półfinału mistrzostw świata. To w skali globalnej nie jest jakiś rewelacyjny wynik, ale na nasze warunki kapitalny. Przez ostatnie dwa sezony przetestowałem różne warianty, Iga biegała na każdej zmianie. Wiedziałem, że na tej drugiej w Londynie da sobie radę. I wypadła znakomicie, Ola i Justyna musiały tylko utrzymać pozycję. Zresztą Ola biega w podobnym stylu jak Justyna – rozkręca się powoli, ale potem mocno trzyma. Wzrost nie ma znaczenia, Andrzej Badeński też nie był wysoki, a był znakomitym 400-metrowcem.

Z tej samej kategorii