Aleksander Matusiński: W Londynie mierzymy w medal!

Sztafeta 4x400 m kobiet
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: newspix.pl

Nie nastawiamy się na to, by się załapać na imprezę i w niej wystartować. Na mistrzostwach świata w Londynie interesuje nas miejsce na podium - deklaruje trener biegaczek na 400 metrów. Justyna Święty już wskoczyła na wyższy poziom, bo przed sezonem zakładała bieganie w granicach 51,5 sekund. Tymczasem już na początku na zawołanie biegała 51,6, a w Hengelo zadziwiła, uzyskując 51,15

WŁODZIMIERZ SOWIŃSKI: Czy po ostatnich sukcesach czuje się pan w pełni dojrzałym i usatysfakcjonowanym szkoleniowcem?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Zacząłem pracę jako trener z Tiną (Polak-Matusińską - przyp.red.) i cały czas uczyłem się tego zawodu. Od mistrzostw świata juniorów w Pekinie zacząłem pracować z kadrą juniorek. Potem przyszła kolej na kadrę młodzieżową, zaś od 2012 roku opiekuję się seniorkami. Od początku pracowaliśmy na moich planach treningowych. Rozwijałem się wraz z zawodniczkami, dojrzewając jako szkoleniowiec. Miałem okazję pracować w dłuższym wymiarze czasowym. Od wieku juniora do seniora wszystko było płynne i nic po drodze nam nie uciekło. To niesłychanie ważne, bo nasza lekka atletyka zna wiele przypadków, że mamy utalentowanego juniora, który gdzieś po drodze nam ginie. Moje podopieczne są przede wszystkim cholernie pracowite. Mają niezwykły talent do... pracy. Jako trener ciągle się uczę, ale mam satysfakcję, gdy biegaczki z roku na rok robią postępy i osiągają sukcesy.


A mimo wszystko jesienią ubiegłego roku chciał pan zrezygnować z pracy z kadrą biegaczek. Dlaczego?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Nieoficjalnie złożyłem rezygnację na ręce prezesa oraz szefa bloku sprinterów związku. Nagle poczułem się zmęczony... Prowadziliśmy ożywione rozmowy, jednak po paru tygodniach zaczęło mi brakować emocji. Zmieniłem decyzję i nadal jestem w tym samym miejscu. Ponadto chyba wspólnie z dziewczynami nie dokończyliśmy dzieła, ale są możliwości postępu. Pędzimy w tym pociągu do mety.

 

W biegach indywidualnych, a co za tym idzie w sztafecie, biegaczki notują progres. Czy są bariery, których się nie da przeskoczyć?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Każdy sportowiec ma jakąś granicę możliwości, ale zarówno on, jak i jego opiekun nie myślą o tym. Zawsze sobie stawialiśmy wysokie cele, lecz w miarę realne w danym roku. Tak właśnie było niedawno w nieoficjalnych mistrzostwach świata sztafet na Bahama. Powiedziałem zawodniczkom, że nie jesteśmy w stanie wygrać z USA i Jamajką, ale jeżeli będziemy wygrywać z Europą, to będziemy zdobywać medale w mistrzostwach świata. Z Jamajką udało nam się wygrać dwukrotnie, no i zdobyliśmy srebrny medal. W dużej mierze zadecydowała strona mentalna i teraz śmiem twierdzić, że gdybyśmy przegrali w eliminacjach, w finale nie podjęlibyśmy walki. A tymczasem dziewczyny stanęły przed dużym wyzwaniem i pokazały się z jak najlepszej strony. Psychika odegrała wiodącą rolę, bo do szybkiego biegania były przygotowane. Wszystko się doskonale połączyło i są efekty.

 

Biegaczki udanie startowały w hali, zaczęły świetnie na otwartych obiektach. Czy można pogodzić sporą ilość startów i po drodze nie zgubić formy?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Wręcz przeciwnie - wszystko można połączyć, choć swego czasu myślano, że mogą powstać zakłócenia. A tymczasem najlepsi na świecie biegają w hali i wcale nie odbija się to na ich wynikach na stadionie. Rok temu było nieco gorzej, bo przecież halowe mistrzostwa świata były późno, a sierpniowe igrzyska olimpijskie były poprzedzone mistrzostwami Europy w Amsterdamie. Było to skomplikowane, ale udało się to wszystko umiejętnie połączyć. Idziemy sprawdzonym cyklem i w tej najważniejszej imprezie wystartujemy po trzytygodniowym zgrupowaniu odbudowującym formę. Trzeba na to spojrzeć inaczej i zastanowić się, w jakim kierunku zmierza sport. Teraz już nie ma klasycznego przygotowania startowego, jak kiedyś nas uczono: akumulacja, intensyfikacja i transformacja. Siatkarze, piłkarze, tenisiści czy lekkoatlecie startują niemal przez cały rok. Dlaczego? Bo są wytrenowani, dojrzali do podjęcia takiego wysiłku i nie ma obawy, że się wyeksploatują. To prawda, że dla młodego organizmu mogą to być niesłychanie duże obciążenia. W naszym przypadku przejście przez halę to takie podbicie szybkościowe i oderwanie się od monotonii zimowego okresu przygotowawczego. Hali nigdy nie traktowaliśmy jako start docelowy, bo zawsze mieliśmy na uwadze najważniejszą letnią imprezę. W tym roku są to mistrzostwa świata w Londynie. W halowych mistrzostwach Europy wcale nie byliśmy do końca przekonani czy Justyna Święty wystartuje, a tymczasem udało się zdobyć medal indywidualnie oraz w sztafecie. Jeden występ jest najważniejszy. Wszystkie po drodze prowadzą do jednego celu: uzyskać jak najlepszy wynik w zawodach sezonu.

 

Teraz fajnie panu tak mówić, gdy się zdobywa medale w hali czy w nieoficjalnych mistrzostwach świata sztafet...
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Sukcesy przede wszystkim nakręcają do niesamowitej pracy, a ponadto dziewczyny są dowartościowane. I tak samo jest z trenerem, który już wie, że jego praca nie idzie na marne. Biegaczki już mają odpowiednią markę i wiedzą, że z pewnego poziomu już nie zejdą. Nawet jeżeli przygotowanie do występu w hali nie jest optymalne, to i tak dziewczyny potrafią się zmobilizować i startować na swoim wysokim poziomie. Jak do tej pory nie zawiodły. To niesłychanie budujące.

 

Sporo się zmieniło w planach przygotowań do tego sezonu?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Przez lata mamy sprawdzony schemat przygotowań. Jeżeli zawodniczki robią postępy, to nie ma co w tych planach grzebać, bo można byłoby coś zepsuć. Wiadomo, że co roku dodaje się obciążeń, by biegać jeszcze szybciej. Jeżeli nastąpi stagnacja, będziemy się zastanawiać, co z tym fantem zrobić.

 

Przed sezonem pewnie pan stawia prognozy wynikowe. Czy po tych miesięcznych startach się one sprawdzają?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - Oczywiście, od nas trenerów wymaga się planów wynikowych, chociażby do różnych programów ministerialnych. Każda z zawodniczek przed występami letnimi musi sama sobie ułożyć w głowie albo po rozmowach z psychologami, do jakiego celu ma dążyć. Nic nie jest oderwane od ich możliwości. One są już ustabilizowane na odpowiednim poziomie. Zawsze czekamy na wystrzałowy wynik i staramy się biegać na tym poziomie. Justyna Święty już wskoczyła na wyższy poziom, bo przed sezonem zakładałem bieganie w granicach 51,5 sekund. Tymczasem już na początku na zawołanie biegała 51,6. W Hengelo uzyskała „kosmiczne” 51,15 i teraz jej celem jest zejść poniżej 51 sekund. W kolejnych startach powinno być jeszcze lepiej, ale pod jednym warunkiem: musi być przede wszystkim zdrowie oraz odpowiednia pogoda.

 

Biegi indywidualne są ważne, ale w naszym przypadku najważniejsza jest sztafeta. Czy wybory są trudne?
ALEKSANDER MATUSIŃSKI: - W tym przypadku najważniejsze są mistrzostwa Polski (20 -23 lipca w Białymstoku - przyp.red.) i one wszystko weryfikują. Trzy medalistki otrzymują powołanie, zaś dwie pozostałe wybieram ja. W tym sezonie sytuacja jest inna niż w latach poprzednich, bo Justyna biega szybko, a i sztafeta jest lepsza niż poprzednio. Zapewniam, że wybiorę cztery najlepsze zawodniczki, bo nie będę kierował się sentymentami. Nie nastawiamy się na to, by się załapać na imprezę i w niej wystartować, czy awansować do finału. Teraz powiem wprost: na mistrzostwach świata w Londynie czy też na igrzyskach olimpijskich w Tokio w 2020 roku mierzymy w medale. Jeżeli sztafeta osiągnie wynik w granicach 3.24 min, realnie może myśleć o brązowym medalu. Oczywiście, że biegano szybciej, ale to było w erze dopingu. Biegaczki osiągały niebotyczne rezultaty i były oderwane od rzeczywistości. Na szczęście ten etap już się skończył i nasze szansę rosną...

Z tej samej kategorii