Ślęza lepsza od Wisły Can-Pack w pierwszym meczu finału

SHARNEE ZOLL-NORMAN
 fot. Paweł Andrachiewicz  /  źródło: Pressfocus

Znakomita gra w drugiej połowie pozwoliła wrocławiankom zniwelować straty i od zwycięstwa rozpocząć decydującą batalię o złoto. - To na razie początek. Prawdziwa gra dopiero się zacznie - ocenił Arkadiusz Rusin, szkoleniowiec Ślęzy.

Finał

Ślęza Wrocław - Wisła Can-Pack Kraków 71:65 (21:20, 9:15, 20:8, 21:22)

WROCŁAW: Sklepowicz 4 (1x3), Zoll 18, Kaczmarczyk 1, Kastanek 16 (2x3), Greene - Koperwas, Treffers 8, Majewska 4, Skobel 7 (1x3), Rymarenko 13 (3x3). Trener Arkadiusz RUSIN.  

KRAKÓW: Simmons 2, Kobryn 13, Ygueravide 13, Ziętara 4 (1x3), Gidden 5 - Ben Abdelkader 10 (2x3), Szott-Hejmej 1, Morrison 17 (1x3), Szumełda-Krzycka, Pop. Trener Jose Ignacio HERNANDEZ.

 

Większe doświadczenie krakowianek było bardzo widoczne w pierwszych minutach. Nie szarżowały, cierpliwie rozgrywały akcje i rzuty oddawały tylko z czystych pozycji. To przyniosło efekt. W 5 minucie po „trójce” Magdaleny Ziętary i trafieniu z półdystansu Sandry Ygueravide wygrywały już 12:3. Do tego miejscowe straciły swoją główną broń pod koszem Nikki Greene. Po jednym ze starć z Eweliną Kobryn Amerykanka upadła na parkiet, trzymając się za kolano. Z parkietu zeszła przy pomocy sztabu medycznego.

Arkadiusz Rusin, trener Ślęzy, dłużej nie czekał. Po raz pierwszy poprosił o przerwę. Nie krzyczał, ale uspokajał swoje podopieczne. Chciał, by zeszło z nich napięcie. Jego zabiegi przyniosły połowiczny sukces. Miejscowe złapały rytm, odrobiły straty, wyszły nawet na prowadzenie (19:18). I wtedy Wisła znów przejęła inicjatywę. Kluczowe okazały się akcje podkoszowych, Kobryn i Vanessy Gidden. Świetnie radziła sobie też Sandra Igueravide, której dokładne podania środkowe zamieniały na punkty. W pewnym momencie przewaga „Białej gwiazdy” wzrosła nawet do 13 „oczek” (34:21). Wydawało się wówczas, że doświadczone krakowianki nie wypuszczą zwycięstwa z rąk.

Miejscowe, nie mając nic do stracenia rozpoczęły szaleńczą pogoń. Napędzane przez niezmordowaną Sharnee Zoll odrabiały straty.

- Początek miałyśmy bardzo dobry. Potem, po czasie trenera Ślęzy, trochę się zacięłyśmy, ale zdołałyśmy opanować sytuację. Przede wszystkim po rajdach Zoll, straciłyśmy przewagę, ale wciąż jesteśmy na prowadzeniu - mówiła w przerwie spotkania Magdalena Ziętara, skrzydłowa „Białej gwiazdy”. - Do tej pory trzecie kwarty w naszym wykonaniu były najsłabsze. Mam nadzieję, że tym razem los się odwróci i potwierdzimy w niej naszą dominację - dodała.

Jej oczekiwania nie sprawdziły się na parkiecie. Tak, jak było w ćwierćfinale i półfinale krakowianki trzecią kwartę rozegrały fatalnie. Kompletnie nie radziły sobie ze zdecydowanie bardziej agresywnymi i zdeterminowanymi zawodniczkami Ślęzy. Największym zaskoczeniem była ich słaba postawa w strefie podkoszowej. Zdecydowanie niższe od Kobryn, Gidden i Ziomary - Morrison Zoll, Marrisa Kastanek czy Agnieszka Skobel wygrywały rywalizację o zbiórki.

Miejscowe z każdą minutą grały coraz lepiej. Za to rywalki gasły w oczach. Popełniały proste błędy. Pojedynczymi zrywami nie były w stanie zaskoczyć i wybić z uderzenia wrocławianek, które na niewiele ponad 3 minuty przed końcem miały już 10-punktową przewagę (59:49) i nie pozwoliły sobie odebrać zwycięstwa.

Z tej samej kategorii