Marcin Gortat w Dąbrowie Górniczej. „To bezinteresowna pomoc”

Marcin Gortat Camp 2017
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Marcin Gortat od dziesięciu lat aktywnie promuje koszykówkę w naszym kraju, ale po raz pierwszy pojawił się w województwie śląskim i w Dąbrowie Górniczej przeprowadził treningi dla blisko 160 dzieci.

TOMASZ J. MUCHA: Jak to się stało, że Marcin Gortat zawitał do Dąbrowy Górniczej?

MARCIN GORTAT: - W kwietniu na zaproszenie mojej fundacji MG13 w Waszyngtonie odbywały się warsztaty szkoleniowe dla klubów z Polski. W tym gronie znaleźli się także przedstawiciele MKS-u Dąbrowa Górnicza. To była pierwsza okazja, żeby się poznać i zobaczyć jak rozwija się ta dyscyplina sportowa w tym mieście. Kiedy okazało się, że jedno z wstępnie wybranych miast do organizacji tegorocznych campów wycofało się z uczestnictwa, to pierwsze kroki skierowaliśmy się do Dąbrowy Górniczej. Działacze MKS-u już wcześniej sygnalizowali, że są zainteresowani przeprowadzeniem tego typu imprezy na swoim obiekcie. Dość szybko udało się wszystko zorganizować, a dodatkowo mogę przyznać, iż istnieje spora szansa, że za rok pojawimy się tutaj znowu.

 

To już 10. edycja campów. Czy jest ona w jakiś sposób szczególna?

MARCIN GORTAT: - Pod względem organizacyjnym - w porównaniu z poprzednimi edycjami - mamy sporo nowości. Po pierwsze, w tym roku mamy rekordową ilość zawodników z NBA. Oprócz mnie do Polski przyjechali: Otto Porter Jr, Daniel Ochefu i Bo Outlaw. Po drugie - pierwszy raz campy są dwudniowe, a okazję do wspólnych zajęć mają także osoby niepełnosprawne. W tegorocznej edycji udało nam się także zgromadzić rekordową liczbę nagród. A na zakończenie całej tegorocznej edycji w trakcie imprezy finałowej w Łodzi, wzorem Meczu Gwiazd ligi NBA czy też Super Bowl ligi NFL, w przerwie spotkania Gortat Team kontra Wojsko Polskie będziemy mieli blisko 30-minutowy koncert gwiazdy.

 

Podczas zajęć dla dzieci niepełnosprawnych na twarzach najbardziej zainteresowanych było widać wielką frajdę...

MARCIN GORTAT: - Zabawa była przednia i oto w tym wszystkim chodziło. Dla widzów niektóre z ćwiczeń mogły się wydawać nudne, ale wbrew pozorom właśnie dzięki takim prostym czynnościom można wyłapać potencjał u danej osoby. Co więcej, trzeba sobie zdać sprawę, że większość z tych osób jest zablokowana w pewnych obszarach i tego typu wydarzenie, gdzie mogą się spotkać ze sportowcami występującymi w najlepszej lidze świata czy też reprezentacją Polski w koszykówce na wózkach jest dla nich ogromnym przeżyciem i doświadczeniem. Kolejną istotną kwestią jest, by odciągnąć te osoby sprzed ekranów telewizorów i komputerów. Niektórym wydaje się, że niepełnosprawność oznacza koniec świata i wielkim ograniczeniem. My chcemy pokazać, że dla takich ludzi też jest miejsce w sporcie, a przede wszystkim zachęcić ich do aktywnego trybu życia.

 

Trenowanie osób niepełnosprawnych mocno różni się od dotychczasowych zajęć?

MARCIN GORTAT: - Tak, to zdecydowanie trudniejsza kwestia. Zresztą tak naprawdę dopiero w to powoli wchodzimy. To pierwsza edycja i po samej liczbie chętnych widać, jak bardzo w tej kwestii raczkujemy. Przy normalnych campach liczba chętnych jest ogromna, a chociażby przykład campu w Rumii, gdzie hala jest mniejsza niż w Dąbrowie Górniczej, pokazuje, że czasem nawet mamy zbyt wiele osób na parkiecie. Pobiliśmy jednak rekord w ilości jednocześnie trenujących dzieciaków. W pewnym momencie zastanawialiśmy się nawet, czy z 10 osób nie posadzić z boku. Liczę na to, że campy dla osób niepełnosprawnych w ciągu 2-3 lat również będą ewoluowały i będziemy mieli na zajęciach nawet po 50 dzieciaków.

 

W czym tkwi fenomen campów?

MARCIN GORTAT: - To, że cieszą się one taka popularnością, uważam za spory sukces. Przewinęło się przez nie mnóstwo dzieci, a najlepsi mieli okazję wyjechać do Stanów Zjednoczonych. Pracujemy jednak nie tylko z najmłodszymi, ale również z ich rodzicami. Po każdym treningu spotykam się z nimi i radzę im jak prowadzić ich pociechy. Przede wszystkim ostrzegam, by nie podpisywać na tak wczesnym etapie żadnych umów z agentami, bo to zwykle źle się kończy. Często przychodzą do mnie rodzice, którzy wcześniej popełnili ten błąd i proszą o pomoc, ale w większości przypadków nic w tej kwestii nie da się zrobić. Apeluję o cierpliwość i nie zadowalać się na tak wczesnym etapie kwotami rzędu 2-3 tys. zł, bo wkrótce może się okazać, że ich dziecko będzie w stanie zarabiać o wiele więcej. Wspólne treningi to jednak nie tylko promocja koszykówki. To przede próba pokazania pasji i wzbudzenia zainteresowania, co może się przełożyć także na inne aspekty życia.

 

Campy to jedna strona pańskiej aktywności, a drugą są szkoły Marcina Gortata.

MARCIN GORTAT: - W tej chwili mamy już cztery tego typu szkoły. Oprócz istniejących do tej pory w Łodzi i Krakowie otworzyliśmy dwie kolejne w Gdańsku i Poznaniu. Staramy się w nich stworzyć dzieciom jak najlepsze warunki do treningów i nauki bez żadnych zobowiązań. Nie podpisujemy kontraktów, bo dla mnie największą nagrodą będzie, jeśli któryś z wychowanków dojdzie w życiu do czegoś wielkiego. Oczywiście, to że ktoś ukończy taką szkołę nie będzie automatycznie oznaczało, że będzie wielkim zawodnikiem i przynosił do domu górę pieniędzy.

 

Poświęca pan swój wolny czas na pracę z dziećmi. W wyczynowym sporcie nie ma zbyt wielu osób, które zdobywają się na tego typu wyrzeczenia.

MARCIN GORTAT: - Niektórym wydaje się, że to ciężki kawałek chleba, a część osób stawia pytanie, ile będę z tego miał. Proszę mi wierzyć, że nawet w sytuacji kiedy szukam gwiazd do tego, by wystąpić w spotkaniu finałowym, rozgrywanym na zakończenie każdej edycji campu, zdarzają się przypadki, że pewne osoby oczekują za to wynagrodzenia. Nie chcę wymieniać nazwisk, ale nie będę ukrywał, że to boli. Na szczęście są jeszcze normalni ludzie, którzy z uśmiechem przyjeżdżają na imprezę i potrafią się bezinteresownie świetnie bawić. Warto pamiętać o tym, że spotykamy się przecież w szczytnym celu.

 

Dziwi fakt, że przy wszystkich realizowanych przez pana projektach brakuje zaangażowania ze strony Polskiego Związku Koszykówki.

MARCIN GORTAT: - Taką pomoc otrzymałem przez pierwsze 2-3 lata organizacji campów. Niestety, zainteresowania ze strony PZKosz. nie ma. Moja fundacja jest już na takim poziomie, że tej pomocy w ogóle nie potrzebuje, ale problem tkwi w czym innym. W centrali brakuje jakichkolwiek działań na rzecz propagacji tej dyscypliny sportu wśród młodzieży. Temat jest bardzo ważny w kwestii przyszłości polskiej koszykówki i martwi to, że w tej kwestii nic się nie dzieje.

Z tej samej kategorii