Hiszpańscy łącznicy. Czy synowie Andrzeja Pluty prześcigną wybitnego ojca?

Nieustępliwy i do bólu ambitny - mówili fachowcy, a inni dodawali, że w innych realiach odniósłby wiele sukcesów międzynarodowych. Andrzej Pluta w Polsce stał się ikoną. Na podbój Europy ruszyli teraz jego synowie.

GTK Gliwice - Anwil
 fot. Piotr Kieplin  /  źródło: Pressfocus

Pluta senior - 2-krotny mistrz Polski, przez ponad dekadę reprezentant kraju - etos pracy wyniósł z domu. Jako dzieciak napatrzył się, jak ciężko - by zapewnić byt rodzinie - musiał pracować w kopalni jego ojciec. To zaprocentowało podczas sportowej kariery Andrzeja. Jak na koszykarza, nie miał dobrych warunków fizycznych. By dorównać wyższym i silniejszym rywalom, musiał ćwiczyć dwa razy więcej. Zostawał więc po treningach i szlifował dryblingi, rzuty, obronę. Sumienność, pracowitość i odpowiedzialność sprawiły, że po zakończeniu kariery sportu i koszykówki nie rzucił. Nie odcina jednak kuponów od sławy, zaskakując nowymi pomysłami.

 

Pluta to „rogata dusza”. Ma swoje zdanie, upiera się przy nim lub go broni jak... niepodległości. Może dlatego nie jest do końca rozumiany przez niektórych znajomych ze środowiska. Ma jednak wytyczony szlak, po którym konsekwentnie i cierpliwie kroczy.

 

Nieoczekiwany debiut

Z racji warunków fizycznych - mierzy 182 cm - nie był postrzegany jako reprezentant kraju, który może w niej odgrywać kluczową rolę. Dzięki pracowitości doszedł do zaszczytów, ale... mógł zdobyć więcej. - Każdy zaczynający treningi marzy o sukcesach - uśmiecha się Andrzej Pluta. - Wielu trenerów, gdy patrzyło na moje parametry fizyczne, tylko się uśmiechało. Ale im więcej było głosów krytycznych, tym mocniej pracowałem. Musiałem mieć atuty, które by zniwelowały niedostatki. Nic nie przychodzi z niczego i dlatego po treningach dodatkowo ćwiczyłem. Nic nie przyszło łatwo. Okupiłem to ciężką pracą. Tylko ja wiem, ile potu wylałem. Jak każdy mody chłopak wierzyłem, że kiedyś będę reprezentantem Polski. Trenowałem i cierpliwie czekałem.

 

Okazja nadarzyła się w 1997 roku. - Graliśmy mecz eliminacji mistrzostw Europy w Wałbrzychu i Robert Kościuk, mój przyjaciel z Bobrów Bytom, oberwał przypadkowo łokciem w twarz. Wszedłem za niego i grałem jak natchniony. Zdobyłem wiele punktów, a prasa pisała, że Pluta rozłożył Szwedów. Kto by przypuszczał, że nieszczęście Roberta pozwoli mi zakotwiczyć w reprezentacji na ponad dekadę...

 

Swoista nagroda

Chyba tylko nieliczni pamiętają, że ME w Barcelonie (1997) były dla biało-czerwonych najbardziej udanymi na przestrzeni ostatnich 20 lat. Reprezentacja kierowana przez Eugeniusza Kijewskiego zajęła 7. miejsce. Dziś o takiej pozycji możemy pomarzyć. Na tej imprezie Polacy otarli się o strefę medalową. Gdyby sięgnęli po krążek, to kariery Adama Wójcika, Macieja Zielińskiego, Dominika Tomczyka czy Pluty potoczyłby się inaczej. - Jadąc do Barcelony, nie miałem żadnych oczekiwań. Dla mnie ten wyjazd był swoistą nagrodą - wyjaśnia były reprezentant kraju. - Podejrzewam, że moi starsi koledzy nie myśleli o sukcesach. Po prostu chcieli się pokazać z jak najlepszej strony i wypromować. Na inaugurację spotkaliśmy się z Jugosławią i ja, synek z Rudy Śląskiej, miałem okazję stanąć naprzeciw legend: Rebarczy, Bodirogi, Doredvicia czy Obradovicia. Turniej tak się potoczył, że wygraliśmy z Chorwacją i Niemcami, awansując do ćwierćfinału, w co sami nie wierzyliśmy.

 

Medal był w zasięgu

Biało-czerwoni zostali okrzyknięci „czarnym koniem” turnieju. O czwórkę przegrali jednak z Grecją 62:72, ale i tak byli o krok od sensacji. O niepowodzeniu zadecydowały 3, 4 minuty. Naszych zawodników ogarnęła dziwna niemoc, co wykorzystali rywale. - Dopiero po latach dotarło do mnie, jaką straciliśmy szansę - wzdycha nasz bohater. - W meczu o 7. lokatę wygraliśmy z Turkami, a i tak spotkaliśmy z nieprzychylnymi komentarzami. Z drugiej strony, zaprzepaściliśmy okazję życia. Gdybyśmy wtedy pokonali Greków, może grałbym w czołowym klubie Europy... Łatwiej byłoby też o sukcesy w kadrze. Juan Carlos Navarro z reprezentacją Hiszpanii zdobył 12 medali najważniejszych imprez.

 

Troskliwi rodzice

Justyna i Andrzej Plutowie mają dwóch synów, Andrzeja juniora oraz Michała. Obaj wykazywali nieprzeciętny talent. Grali w Anwilu Włocławek, zdobywając laury. - Andrzej, jako 14-latek, występował w juniorach i zdobywał mnóstwo punktów, a młodszy o 2 lata Michał dzielnie mu sekundował. Chcieliśmy, żeby się rozwijali. Uznaliśmy, że musimy im to umożliwić. W Anwilu możliwości się wyczerpały - mówi Andrzej Pluta. - Zaryzykowaliśmy i wiosną 2014 roku pojechaliśmy na testy do Madrytu. Chłopcy wypadli dobrze. Mogli zostać, ćwiczyć i grać, ale kontraktów nie dostali. To oznaczało, że trzeba było działać na własny rachunek. Po roku, gdy znów nie było umowy, postanowiliśmy szukać nowego klubu. Otrzymaliśmy propozycje z Sewilli i Gran Canarii. Skorzystaliśmy z tej pierwszej. Samo wykupienie karty uprawniającej do gry w Hiszpanii kosztowało 4 tysiące euro. To były najlepiej wydane pieniądze, a dla chłopków najlepsza szkoła życia, nie tylko sportowego. Poznali nowy kraj, język i - co najważniejsze - sami wywalczyli sobie markę. Są monitorowani przez trenerów i w koszykówce się nie zgubią - przekonuje dumny ojciec. Dodajmy, że starszy syn za sobą debiut w hiszpańskiej ekstraklasie. - Dla niego to kulminacyjny moment, bo niebawem kończy 18 lat i szefowie zdecydują o jego przyszłości. Albo podpisze 3-letni kontrakt, albo będzie musiał szukać szczęścia w innym klubie. Tu nie ma sentymentów, zostają tylko najlepsi - podkreśla Pluta.

 

Wiele wyrzeczeń

Na podstawie własnych doświadczeń były reprezentant Polski wie, że chłopakom trzeba pomoc, ale też ma świadomość, że ewentualny sukces zależy od nich samych. Ich dzień zaczyna się wczesnym rankiem. Najpierw 7 godzin w szkole, potem 45 minut przerwy na posiłek oraz przepakowanie się, 2 godziny korepetycji, 3,5 godzinny treningu i powrót do domu około 22.00. I tak każdego dnia. Z kolei w weekend po 2 mecze. O dniu wolnym trzeba zapomnieć. - Jeżeli nie masz wyznaczonego celu, trudno to wszystko znieść i wytrzymać - akcentuje Andrzej senior. - A jednak chłopcy walczą i to z dobrym skutkiem. Podpisali kontrakty, a nikt im nic nie dał za darmo. Takich jak oni w Hiszpanii jest mnóstwo, więc mogą sobie wybierać. No chyba że przyjedziesz i udowodnisz, że jesteś trzy razy lepszy od tubylca. Oni się mocno wspierają. Tam do zespołu kadetów czy juniorów trudno się przebić, bo konkurencja jest ostra.

 

Troska o młodzież

Kluby ligi ACB mają obowiązek szkolenia młodzieży w każdej kategorii wiekowej i stąd obaj synowie trafili do Real Betis Sewilla. - Miałem okazję pracować jako asystent trenera w zespole U-14. To inny świat niż w Polsce. Zawodnicy trenują po 3,5 godzinny dziennie, a opiekują się nimi główny trener, dwóch asystentów, specjalista od przygotowania motorycznego i dietetyk - mówi z uznaniem Pluta. - W Hiszpanii jeden trener odpowiada za jedną drużynę i nie do pomyślenia jest, by prowadził dodatkowe treningi. Jeden styl szkolenia obowiązuje od najmłodszych do seniorów, uwzględniając oczywiście wszelkie proporcje. W drużynie Andrzeja było 7 obcokrajowców z różnych stron Europy, a i Brazylijczyk się trafił - wyjaśnia. Z czasem bracia się rozdzielili. Andrzej został w Sewilli, Michał wrócił do Madrytu i trenuje w tamtejszej akademii. - W jego zespole jest zaledwie dwóch Hiszpanów. Reszta to głównie przybysze z Bałkanów - mówi Pluta.

 

Bez kurateli

Justyna i Andrzej zostawili synów w Hiszpanii, decydując się na powrót do rodzinnego Radzionkowa. Postanowili założyć działalność gospodarczą i prowadzą treningi interpersonalne z koszykówki. Chętnych nie brakuje. Zgłaszają się zespoły szkolne, rodzice przywożą pociechy na indywidualne zajęcia. Zdarzają się też amatorzy, bo przecież ćwiczenia pod okiem mistrza to wielka frajda. Praca Andrzejowi Plucie sprawia przyjemność i satysfakcję. Co ciekawe, władze związkowe - przynajmniej na razie - nie zamierzają korzystać z wiedzy i hiszpańskich doświadczeń byłego reprezentanta. - Miałem telefon z Trefla Sopot i Szkoły Mistrzostwa Sportowego, ale to nie było nic konkretnego - mówi Pluta.

 

Obaj synowie grają w reprezentacji kraju. Gdy tylko mają okazję, walczą jeden na jednego z tatą... - Na razie ich ogrywam, ale tylko doświadczeniem. Niebawem jednak trzeba będzie pogodzić się z porażką, bo chłopcy są coraz lepsi - mówi na zakończenie nasz bohater.

 

Z tej samej kategorii