Skandynawskie wyzwanie

Francja - Finlandia
 fot. Norbert Barczyk  /  źródło: Pressfocus

Po porażce ze Słowenią biało-czerwoni marginesu błędu nie mają. Tylko zwycięstwa z Islandią i Finlandią pozwolą im realnie myśleć o wyjściu z grupy.

Nie tak Polacy wyobrażali sobie inaugurację EuroBasketu. W Helsinkach przegrali ze Słowenią, ale nie o wynik chodzi (81:90), lecz o styl. Oprócz Mateusza Ponitki, nikt nie zagrał dobrze. Najbardziej irytujące były proste błędy: wyrzucanie piłki na aut, niepotrzebne straty...
- Zdawaliśmy sobie sprawę, że bardzo trudno będzie wygrywać starcia jeden na jednego z takim koszykarzem jak Dragić. Ale to nie wyłącznie jego akcje przesądziły o wyniku. Chodzi przede wszystkim o punkty tracone w wyniku niedoskonałego powrotu do obrony i po kontratakach, które wynikały z naszych strat. Tak jak już podkreślałem kilka razy, nawet przy takiej, a nie innej grze Dragicia spotkanie układałoby się inaczej, gdybyśmy nie zgubili piłki aż 16 razy - podkreślał Mike Taylor, szkoleniowiec reprezentacji Polski.

 

Dziwna drużyna
Teraz przed biało-czerwonymi mecze prawdy. Przegrana ze Słowenią była wkalkulowana, bo to jedna z najlepszych drużyn w Europie, a gracze tacy, jak Goran Dragić, Luka Doncić i Anthony Randolph potencjałem zdecydowanie przewyższają naszych reprezentantów. Chcąc awansować do drugiej fazy na porażki z Islandią i Finlandią Polacy nie mogą sobie już pozwolić.
- Odczuwamy niedosyt po czwartkowym meczu, ale zamykamy już książkę z tytułem Słowenia. Czeka nas teraz kolejne wyzwanie. Sukcesy bywają przeplatane porażkami. Ta też na pewno czegoś nas nauczyła - zauważył [Adam Hrycaniuk] po piątkowym treningu biało-czerwonych.
Na początek (sobota godz. 12.45) nasi koszykarze zmierzą się z Islandią. Jeszcze nigdy nie spotykali się z nią w meczach o stawkę. W ostatniej towarzyskiej konfrontacji podczas turnieju w Bydgoszczy przed EuroBasketem 2015 pokonali rywali 80:65. Teraz też są faworytami. W pierwszym spotkaniu Islandczycy przegrali z Grekami 61:90. Wynik jest trochę mylący, bo podopieczni kanadyjskiego trenera Craiga Pedersena, mocno się postawili faworytom. Do przerwy przegrywali tylko 33:37. Jedynym zawodnikiem z dwucyfrowym dorobkiem punktowym (21) był kapitan zespołu, niski skrzydłowy Haukur Pallson, który w minionym sezonie występował we francuskim Cholet (druga liga). - To zespół, który gra przede wszystkim sercem. Znamy Islandczyków dość dobrze, choćby z turnieju towarzyskiego sprzed dwóch lat. Będziemy mieli do czynienia z zespołem, który gra przede wszystkim niskim składem. A co za tym idzie jego koszykówka jest dość specyficzna. Musimy przygotować się na to, że rywale swoich szans będą szukać w szybkiej grze, w bardzo szybkim przemieszczaniu się po parkiecie. Musimy mieć zorganizowany powrót do obrony - ocenił dzisiejszych rywali Mike Taylor.

 

Wschodząca gwiazda
Znacznie trudniejsze zadanie czeka Polaków w niedzielę. Wówczas na ich drodze staną gospodarze zawodów Finowie (początek meczu 20.30). A to zespół nieobliczalny. W premierowym spotkaniu sprawił ogromną niespodziankę, pokonując po dogrywce faworyta turnieju, Francję. Kapitalne zawody zagrał zwłaszcza Lauri Markkanen (212 cm). To wschodząca gwiazda fińskiego basketu. Choć ma zaledwie 20 lat już został wybrany z numerem 7 w drafcie przez Minnesota Timberwolves (trafił po wymianie do Chicago Bulls). Francuzom rzucił aż 22 punkty i miał 7 zbiórek. Jego największą siłą jest wszechstronność. Francuzom punkty rzucał po wsadach, efektownych dryblingach, rzutach z półdystansu i zza linii 6,75 m. A to nie jedyny silny punkt ekipy prowadzonej przez Henrika Dettmanna. Są jeszcze świetny strzelec Sasu Salin, Petteri Koponen z FC Barcelona i naturalizowany Amerykanin Jamar Wilson.

 

Z tej samej kategorii