Apoloniusz Tajner: To się nam nie mieściło w głowie!

    - Mentalność polskich skoczków bardzo się zmieniła. Obecnie to zawodowcy, którzy żyją w innym świecie. Dla nich Austriak, Niemiec czy Norweg nie jest kimś lepszym. To po prostu kolejny rywal do pokonania - uważa prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

    Spotkanie ze skoczkami przed Mistrzostwami Swiata w Lahti
     fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

    DAWID BOŻEK: Przed nami kolejna edycja Turnieju Czterech Skoczni. Kamil Stoch broni tytułu i jest w coraz lepszej formie. Co podpowiada panu serce, a co rozum?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Biorąc pod uwagę ostatnie zawody Pucharu Świata, patrzę na Kamila nie pod kątem samych wyników, ale poziomu, który osiągnął w pierwszym miesiącu tego sezonu. W jego przypadku moje serce i rozum podpowiadają mi, że będzie bardzo dobrze. Stoch złapał luz, a to oznaka bardzo dobrej formy. Ale to samo można powiedzieć o innych naszych zawodnikach. W tej chwili kilku z nich prezentuje stabilny i wysoki poziom: Piotr Żyła, Stefan Hula. Nawet Kuba Wolny skacze coraz lepiej. Niektórzy, jak Dawid Kubacki czy Maciej Kot, nie prezentują jeszcze tej swobody, braki próbują nadrobić w sposób „siłowy” i to widać w ich skokach. Jestem ciekaw, jak spisze się nasz debiutant, Tomek Pilch, który rozpocznie starty od Innsbrucka, a który bardzo dobrze radzi sobie w Pucharze Kontynentalnym.

     

    Wróćmy jeszcze do Kamila. W tym sezonie było widać, że miewał i gorsze, i lepsze momenty. Co się zmieniło od pierwszych zawodów PŚ?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Cały czas zwracamy uwagę na to, jak Kamil wykonuje odbicie na progu skoczni. Były momenty, kiedy miał problemy z wyczuciem punktu trafienia i próbował nadrabiać te niedostatki mocą. Jeśli skoczek dochodzi do formy, robi to lekko, od niechcenia. Zresztą widać to dobrze u Niemców: Freitaga, Wellingera, także u Norwegów. U Kamila powoli też to widać. W pierwszych zawodach w Wiśle, gdzie był drugi, miał atut własnej skoczni i też nie wszyscy jeszcze byli w swojej wysokiej dyspozycji. Teraz się rozkręca, kolejnymi startami dochodzi do coraz wyższej dyspozycji. Po zgrupowaniu w Zakopanem oraz świątecznym odpoczynku wydaje się, że podczas TCS będzie jednym z faworytów. Kiedy Kamil jest w dobrej formie, można na niego liczyć. On doskonale zdaje sobie sprawę z wagi zawodów i myślę, że spokojnie wytrzyma tę imprezę pod kątem psychicznym. To rasowy i doświadczony zawodnik.

     

    A Piotr Żyła może zaskoczyć tak jak rok temu?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Może. Piotrek jest obecnie drugim po Kamilu polskim zawodnikiem, u którego obserwuję ten luz. To wciąż skoczek światowej czołówki.

     

    Wspomniał pan już o Kocie i Kubackim. Martwi nas forma tego pierwszego.

    APOLONIUSZ TAJNER: - Jedna rzecz to psychika, a druga to fakt, jak Maciej skacze. On się w tym momencie mota, bo wie, że potrafi lepiej skakać, ale mu nie wychodzi. Nie jest jeszcze w swojej dobrej dyspozycji. Ale może to i dobrze, bo najważniejsze dopiero przed nim. Jako trener kadry różnie przechodziłem okresy grudniowe. Czasami ktoś, kto przed świętami skacze dobrze, później spada. Przechodziłem to już z Małyszem, w zeszłym roku spadek formy na TCS zaliczył Domen Prevc. Wspomniałem już o tym, że są zawodnicy, którzy zaczynają sezon słabiej, kolejnymi startami przechodzą na wyższy poziom. Uważam wręcz, że najbliższe zmagania będą ważnym wyznacznikiem. Jeśli na TCS będzie dobrze, to zostanie tak do końca sezonu.

     

    Jak z kolei traktować przypadek Dawida Kubackiego? Jak to możliwe, że na treningach spisuje się fantastycznie, a w zawodach nie może tego potwierdzić?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Nie powiedziałbym, że Dawid skacze źle. Nie śledziłem treningów, więc nie wiem, czy rzeczywiście jego skoki pod względem technicznym były lepsze od konkursowych. Może inne czynniki wtedy zadecydowały o takim, a nie innym wyniku. Ale Dawid jest bardzo blisko ścisłej czołówki. Fajnie, że w przypadku naszej kadry obserwujemy tendencję zwyżkową. Mam nadzieję, że zarówno Kubacki, jak i Kot dojdą poziomem do najlepszych.

     

    Od zwycięstwa Kamila w Czterech Skoczniach minął niecały rok, ale od wygranej Adama Małysza - lat 17. Właśnie od tego momentu rozpoczęła się słynna „Małyszomania”. Wraca pan czasem do tamtych chwil?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Oczywiście. Wiele było przeżyć i wspomnień z tym związanych. Teraz jest trochę inaczej. Nawet ten sam wynik jest już inaczej odbierany. Wtedy w tym wszystkim był jakiś romantyzm. Łamanie barier. Sukces Adama był niejako powiązany z sytuacją gospodarczą, ekonomiczną i polityczną Polski - wszędzie były jakieś przełomy. I w przypadku Adama też był przełom, który miał wpływ na nastroje społeczne w tym okresie wśród Polaków mieszkających w kraju i za granicą.

     

    A sportowo?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Wszystko zaczęło się jeszcze sezon wcześniej, w marcu, kiedy w ostatnich zawodach w Planicy Adam zajął siódme miejsce, a później w jednym z konkursów Letniej Grand Prix (w Villach) był czwarty. Jego forma powolutku wzrastała, a jej wybuch nastąpił na przełomie grudnia i stycznia. Podczas zgrupowania w Sankt Moritz zagraniczni obserwatorzy mówili, że Małysz może wygrać turniej, ale nam się to nie mieściło w głowie. Teraz na bazie sukcesów Adama funkcjonuje nasza grupa. Mentalność polskich skoczków bardzo się zmieniła od tamtego czasu. Obecnie to zawodowcy, którzy żyją w innym świecie. Dla nich Austriak, Niemiec czy Norweg nie jest kimś lepszym. To po prostu kolejny rywal do pokonania.

     

    Chłopcy XXI wieku...

    APOLONIUSZ TAJNER: - Zgadza się. W dodatku profesjonalizm w treningu, zaplecze logistyczne, sprzętowe, kontrola, planowanie - funkcjonowanie kadry wygląda teraz zupełnie inaczej. Czasy Małysza a obecne, to jak porównanie średniowiecza do nowoczesności.

     

    Aż tak?

    APOLONIUSZ TAJNER: - Biorąc pod uwagę tamten pamiętny sezon i tak było lepiej niż wcześniej, ale do dziś nie potrafię pojąć, jak w ósemkę, wraz ze sprzętem i tymi wszystkimi trofeami, mogliśmy zmieścić się do dwóch Passatów! Teraz mamy o wiele więcej samochodów, nierzadko zawodnicy udają się na zawody samolotami, a i tak mamy do czynienia z dużym wyzwaniem logistycznym.

     

    Z tej samej kategorii