Historia stoi za Stochem. Rozpoczyna się austriacka część Turnieju Czterech Skoczni

    Najważniejsze zawody przełomu roku wkraczają w decydującą fazę. Wygląda na to, że zwycięstwo rozstrzygnie się między Kamilem Stochem a Richardem Freitagiem.

    Turniej Czterech Skoczni Ga-Pa
     fot. Tadeusz Mieczyński  /  źródło: Pressfocus

    Lepiej nowego roku Kamil Stoch zacząć nie mógł. Polak wygrał w Garmisch-Partenkirchen drugi konkurs Turnieju Czterech Skoczni i w świetnym nastroju wyruszył do Austrii na drugą część imprezy. Wtorek był dniem wolnym (nasi kadrowicze mieli zajęcia w siłowni), a już dziś o 14.00 kwalifikacje do czwartkowego konkursu w Innsbrucku.

     

    Dobrze to zniósł

    „Mistrzostwo”, „klasa”, „szacunek” - określeń opisujących to, co w ostatnich dniach wyczynia na skoczniach „Rakieta z Zębu” jest mnóstwo. Noworoczny konkurs w Ga-Pa był zresztą tego potwierdzeniem. Stoch, który w tym sezonie raczej atakował niż bronił, w noworoczne popołudnie nie dość że utrzymał pozycję zajmowaną po I serii, to jeszcze zrobił to w okolicznościach, które niejednego zawodnika wyprowadziłyby z równowagi. Polak na swój skok czekał prawie kwadrans, zachowując maksymalny poziom koncentracji oraz trzymając nerwy na wodzy do samego końca, choć na dole pod ścianką dla lidera wciąż stał jego główny konkurent do zwycięstwa w turnieju, Richard Freitag.

     

    - To bardzo trudne zadanie, bo zawodnik jest gotowy na oddanie skoku w danym momencie. Kiedy przerwa trawa tak długo, a skoczek nie ma kurtki i, tak jak w przypadku Kamila, wieje silny wiatr, mięśnie stygną. To ogromne wyzwanie. Ale on zniósł to bardzo dobrze - komentował wyczyn swojego podopiecznego Stefan Horngacher.

     

    Będzie jak Hannawald?

    - Kamil po tej sytuacji psychicznie urósł - uważa prezes Polskiego Związku Narciarskiego, Apoloniusz Tajner. Jego zdaniem Stoch osiągnął już szczyt swojej formy i jeśli w kolejnych konkursach to utrzyma, spokojnie wygra TCS. Niektórzy zastanawiają się nawet, czy Kamil wygra wszystkie konkursy. - Oczywiście, że to możliwe. Sven Hannawald przecież już to zrobił. Ale my się na tym nie koncentrujemy - zachowuje spokój Horngacher.

     

    Wstrzemięźliwość szkoleniowca biało-czerwonych jest zrozumiała z kilku powodów. Historia zna przypadki skoczków, którzy pomimo zwycięstwa w dwóch pierwszych konkursach (a nawet trzech!), nie wygrywali całego turnieju. I nawet jeśli w XXI wieku ten, kto w niemieckiej części TCS był bezkonkurencyjny, triumfował w całej imprezie (tylko Anders Jacobsen w sezonie 2012/13 obszedł się smakiem), wcale nie musi być to regułą w przypadku Stocha.

     

    Freitag ma atuty

    W „generalce" przewaga Polaka nad Freitagiem nie jest wysoka. To niecałe 12 punktów. Biorąc pod uwagę fakt, że obecnie to dwaj najrówniej i najlepiej skaczący zawodnicy w Pucharze Świata, może i jest to solidna zaliczka, ale reprezentant Niemiec nie złożył broni. - On wciąż ma wszystkie atuty. Richard może pokonać Kamila, który wcale nie jest w lepszej od niego formie - twierdzi trener Niemców, Werner Schuster. Co więcej, Freitag, w przeciwieństwie do Stocha, zna już smak zwycięstwa na skoczni w Innsbrucku - był najlepszy 4 stycznia 2015 roku.

     

    Swoje dołożyć do rywalizacji mogą też warunki, które w pierwszych dwóch konkursach już zdążyły trochę namieszać w czołówce. Kiedy Stoch w drugiej serii zawodów w Oberstdorfie uzyskał 137 metrów, otrzymał z tytułu wiatru z tyłu tylko punktową bonifikatę. Freitagowi zaś dopisano ponad 13 „oczek”, przy skoku o 10 metrów krótszym. W Ga-Pa różnice były już mniejsze, ale kto wie, co by się stało, gdyby pogoda nie dała jednak za wygraną i sędziowie byliby zmuszeni puścić Tilena Bartola i „Rakietę z Zębu” przy huraganie z tyłu. Być może lider TCS byłby zupełnie inny.

     

    Powtórka z rozrywki?

    Ale Stoch jest bogatszy o doświadczenia sprzed roku. Dokładnie 12 miesięcy temu również był liderem Czterech Skoczni, ale jego przewaga nad Stefanem Kraftem na półmetku zmagań wynosiła 0,8 punktu, czyli… mniej niż pół metra. Polak jednak wytrzymał presję i nawet pomimo problemów w Innsbrucku (upadek) oraz wyprzedzenia go w klasyfikacji przez Daniela-Andre Tandego przed zawodami w Bischofshofen, nasz reprezentant wygrał wojnę nerwów.

     

    Kubacki zaskoczony

    Trochę z boku całej sytuacji przygląda się Dawid Kubacki, który wciąż jest trzecim zawodnikiem TCS, choć w Ga-Pa zajął 12. miejsce (traci do Stocha 32,3 pkt). 28-latek po noworocznym konkursie mocno się zdziwił, gdy dowiedział się, które miejsce zajmuje w klasyfikacji generalnej niemiecko-austriackiej imprezy, ale zaraz podkreślił, że spoglądanie na wyniki na tym etapie rywalizacji nie ma sensu.

     

    Zawodnik z Szaflar od kilku dni na skoczni czuje się bardzo pewnie, a pierwsze podium Pucharu Świata, które wywalczył w Oberstdorfie, wzmocniło jego pewność siebie. Ale Kubacki nie byłby sobą, gdyby powiedział, że będzie się napawał tym sukcesem aż do końca imprezy.

     

    - Owszem, cieszę się z tego, co osiągnąłem, ale staram się tonować emocje, bo wiem, że czeka mnie jeszcze sporo pracy. Ekscytując się pojedynczym wynikiem mógłbym nie skupić się na tym, co mam do zrobienia na skoczni - mówi reprezentant Polski. Podobnie zresztą w zeszłym roku wypowiadał się Piotr Żyła. Efekt tego był taki, że wiślanin zajął drugie miejsce w TCS, tuż za Kamilem Stochem. Czy historia powtórzy się i teraz?

    Z tej samej kategorii