Apoloniusz Tajner: Kamil dotrwa do kolejnych igrzysk

    - Uważam, że finansowo jesteśmy w stanie podołać oczekiwaniom Horngachera. Poza tym jemu tutaj jest dobrze. To fajna, wesoła grupa. Po co to zmieniać? Z naszej strony stanowisko jest jasne – chcemy dalszej współpracy – podkreśla prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

    Dawid BOŻEK: Które to będą dla pana igrzyska?
    Apoloniusz TAJNER: - Siódme. Na zimowe jadę po raz szósty, a raz byłem na letnich igrzyskach w Londynie w 2012 roku w roli członka prezydium Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

     

    Pewnie najmocniej przeżywał pan te w Salt Lake City, na które Adam Małysz jechał w szczycie swojej formy.
    Apoloniusz TAJNER: - Tak, jechaliśmy tam po medale. To było ogromne przeżycie, także związane z ogromnym zainteresowaniem i popularnością Adama.

     

    Jak sobie z tym radziliście?
    Apoloniusz TAJNER: - Po wybuchu „małyszomanii” byliśmy już dobrze na nią przygotowani, ale wcześniej był z tym problem. W latach 1996-1997 Adam wygrał trzy konkursy Pucharu Świata, był też kilka razy na podium. Wtedy trenerem był Pavel Mikeska. Nie miał takiego sztabu do pomocy, jaki trenerzy mają teraz, więc on z zawodów wracał bezpośrednio do domu, a Małysz zostawał z tym wszystkim sam. To był najtrudniejszy dla niego okres. Ale i też pożyteczny, bo wiele przez ten czas się nauczył. Kiedy potem nastąpił spadek formy, chciał kończyć karierę. Przy okazji spadło też zainteresowanie jego osobą. W międzyczasie uregulował jednak swoje osobiste sprawy, a w latach 1999-2000 zaczęliśmy wszystko odbudowywać. Pojawił się psycholog Jan Blecharz, prof. Jerzy Żołądź jako fizjolog, Piotr Fijas, który był łącznikiem między poprzednią a następną grupą szkoleniową, kiedy zostałem trenerem kadry. Adam już nie był sam.

     

    Fot. Rafał Oleksiewicz / źródło: Pressfocus

     

    Małysz po pierwszych sukcesach był wykończony psychicznie?
    Apoloniusz TAJNER: - W pewnym momencie zażądał od nas ochrony. W 1997 roku pełniłem funkcję wiceprezesa do spraw sportowych w Polskim Związku Narciarskim, więc już miałem kontakt z kadrą skoczków. Po pierwszych sukcesach Adam był bardzo załamany. Zgubił swoją prywatność. Bywały chwile, kiedy dziennikarze wynajmowali pokoje obok domu Małysza, zaczęli robić mu zdjęcia, jeździli za nim nawet na dyskotekę. On nie mógł sobie z tym poradzić. Próbował uciekać, ale mu się to nie udawało. A, przypomnę, było to jeszcze przed „małyszomanią”! Pamiętam, że któregoś dnia chciałem go zabrać na jakąś imprezę sportową, ale on miał już tego dość. Powiedział, że chyba ucieknie do lasu. Bardzo to przeżywał. Zaczęliśmy się zastanawiać, jak go ochronić. Utrudniliśmy dostęp do niego z zewnątrz. Zmieniliśmy mu numer telefonu. Kiedy dziennikarze chcieli się z nim skontaktować, musieli najpierw dodzwonić się do nas. Kiedy Adam chciał coś załatwić, podjeżdżał pod dane miejsce najbliżej, jak się da. Ciągle był w ruchu. Gdy tylko na chwilę się zatrzymał, od razu wokół niego skupiały się tłumy ludzi.

     

    A potem wybuchła „małyszomania”. Na igrzyskach w Salt Lake City zainteresowanie Polakiem musiało być duże.
    Apoloniusz TAJNER: - Tu akurat nie było żadnych problemów. Mieszkaliśmy w wiosce olimpijskiej, a tam takich Małyszów było pełno. Kiedy wychodziliśmy na miasto, bardzo rzadko widywaliśmy Polaków. Z dziennikarzami spotykaliśmy się tylko w określonym miejscu i czasie.

     

    Da się porównać to, co przeżywał Małysz, z tym, co obecnie doświadczają nasi skoczkowie?
    Apoloniusz TAJNER: - Zainteresowanie nimi jest równie duże, ale już podejście kibiców jest inne. Nie ma tego zbiorowego uwielbienia skupionego na jednej osobie. Poza tym kibice okazują więcej szacunku do poziomu sportowego naszych zawodników. Jest więcej spokoju. Gdy pojawił się Małysz, był szał. Skokami zaczęli interesować się wszyscy: od dzieci do dorosłych, mężczyźni i kobiety. Pamiętam poranne rozmowy na miejskim targu, jak jedna osoba pyta drugą: „A widziała pani, ile Adam skoczył?”. Obecnie kibice mają większą świadomość tego sportu. Wiedzą, co to są skoki i na czym polegają. Stali się znawcami. Zresztą od wybuchu „małyszomanii” minęło już 17 lat.

     

    Z drugiej strony byli ludzie, którzy już wcześniej interesowali się skokami. Pamiętali Stanisława Marusarza, Bronisława Czecha i innych. Nasze tradycje pomogły nam zbudować taką drużynę jak teraz. Obecnie nasi skoczkowie są już innymi Polakami. Wszystko przez przełom ekonomiczny i społeczny, który pojawił się na przełomie wieków. Poprzednie pokolenie miało bariery – wydawało mu się, że nie da się wyskoczyć ponad pewne możliwości. To była taka mentalna blokada. Wydawało nam się niemożliwe, by Polak mógł wygrać igrzyska czy Turniej Czterech Skoczni i to w sytuacji, w której nasza drużyna odstawała od reszty pod względem sprzętu, transportu czy finansów. Obecna młodzież to już inni ludzie – obywatele XXI wieku. Dla nich Norweg, Niemiec czy Austriak to taki sam rywal.

     

    Adam jednak ciągnął polskie skoki sam. Za Kamilem Stochem stoją nie mniej zdolni koledzy. Można więc powiedzieć, że ten drugi ma trochę łatwiej?
    Apoloniusz TAJNER: - Ma, bo zainteresowanie rozkłada się na pozostałych. Jest Maciej Kot, Dawid Kubacki czy Piotr Żyła, który popularnością przebija nawet Kamila. A Stoch bardzo dobrze czuje się w tej grupie. Dwa lata temu, kiedy Łukasz Kruczek odchodził z kadry, zastanawialiśmy się, czy nie utworzyć wokół Kamila grupy szkoleniowej, jak zrobiliśmy to z Małyszem czy Justyną Kowalczyk. Gdy jednak pojawił się Stefan Horngacher, od razu to rozwiązanie odrzuciliśmy. W miesiąc wszyscy zawodnicy zostali przez niego „kupieni”.

     

    Stoch wystartuje na czwartych igrzyskach. Jest podwójnym mistrzem olimpijskim. W swojej karierze zdobył niemal wszystko. Teoretycznie więc nic nie musi, a może.
    Apoloniusz TAJNER: - Tym lepiej dla niego. Kamil jest ukształtowany pod względem psychicznym. Podobnie jak Adam, przeszedł kilkuletni program psychologicznego szkolenia (współpracował z Kamilem Wódką - przyp. red.). Wiele się w tym czasie nauczył. Stoch ma twardą filozofię skakania. On nie powie, że jedzie po medal, tylko po to, by oddawać dobre skoki (a w jego przypadku oznacza to walkę o medale). Mówi tak nie tylko w wywiadach, ale także w prywatnych rozmowach.

     

    Ile lat Kamil może jeszcze skakać na tak wysokim poziomie?
    Apoloniusz TAJNER: - Moim zdaniem spokojnie dotrwa do igrzysk w Pekinie. W 2022 roku będzie mieć 35 lat. Powinien do tego czasu utrzymać wszystkie parametry fizyczne na najwyższym poziomie. Musi tylko zachować dyscyplinę i porządek, a przy okazji jasno się określić, czy będzie skakał do tego czasu czy nie.

     

    Igrzyska w Pjongczangu będą stać pod znakiem pojedynku Stocha z Richardem Freitagiem?
    Apoloniusz TAJNER: - Mogą stać, choć to zależy od warunków. Jak będą równe – tak to może się skończyć. Ale jeśli będą zmienne, do głosu mogą dojść Norwegowie, może Słoweńcy.

     

    A na co stać naszą drużynę? Niektórzy mówią wprost: medal to obowiązek.
    Apoloniusz TAJNER: - Z jednej strony lepiej nic nie mówić, by nie zapeszyć. Ale trudno uniknąć świadomości, że nasza ekipa jest bardzo mocna, więc ma realną szansę na medal. Pamiętajmy jednak, że w konkursie drużynowym liczy się osiem skoków. Jeden może nie wyjść, choć tak naprawdę w każdym zespole może zdarzyć się wpadka.

     

    Zawody w Willingen pokazały, że Stefan Horngacher wcale nie będzie miał łatwego wyboru, jeśli chodzi o obsadę olimpijskich konkursów.
    Apoloniusz TAJNER: - Ale to nie jest wielki problem, tym bardziej, że ma fajny sztab, z którym cały czas to konsultuje. A że musi jednego zostawić… Zasada jest bardzo prosta – kto na treningach będzie się spisywał najlepiej, ten wystąpi. Nie ma też ryzyka, że ktoś nie wytrzyma psychicznie.

     

    Sezon igrzysk jest także zwieńczeniem dwuletniej pracy Stefana Horngachera z polską kadrą. Spodziewał się pan, że jego plan od razu wypali?
    Apoloniusz TAJNER: - Kiedy Horngacher objął naszą kadrę, ta była w rozproszeniu, głównie pod względem relacji osobowościowych. Ale potencjał sportowy wciąż był duży, choć niewykorzystany. Jemu z indywidualności udało się stworzyć zespół. Byłem pewien, że przyniesie to efekt, ale że aż taki?! Wprowadził sporo nowych rzeczy, które mogły przecież nie wypalić, a wypaliły. W tym sezonie zaczął przygotowania bardzo wcześnie, bo już 7 kwietnia, i to od mocnego treningu siłowego. Byłem tym zdziwiony, ale mu zaufałem. Sam przyznał, że gdyby nie zaczął tak wcześnie, to później nie można by było tego nadrobić. To doświadczony trener. Wiele rzeczy wyniósł z doświadczeń niemieckiej ekipy. Był trenerem tamtejszej kadry B, wprowadzał do pierwszej drużyny nowych zawodników i odbudowywał starych. Był człowiekiem od czarnej roboty. Tam miał jednak zablokowaną drogę awansu, a widać, że ma spore ambicje.

     

    A czy jego ambicje sięgają pozostania w Polsce?
    Apoloniusz TAJNER: - W lipcu Kamil Stoch poprosił mnie o rozmowę. Zapytał czy rozmawialiśmy z Horngacherem o przedłużeniu umowy. Kamil reprezentował stanowisko zawodników – wszyscy chcieli, żeby Stefan nadal z nimi pracował. Czują się z nim bardzo dobrze. Kamil bał się, że ktoś może go nam zabrać. Następnego dnia wraz z Adamem Małyszem spotkaliśmy się z Horngacherem i poinformowaliśmy go, że jesteśmy zainteresowani kontynuacją naszej współpracy przez najbliższe cztery lata. Zapytałem go wprost, czy już można spisać umowę. Odpowiedział, że nie potrzebuje żadnego dokumentu, że jest zadowolony z pobytu w Polsce i skoro związek wyraża chęć do dalszej współpracy, to tak jest. Zresztą znamy się już tyle lat, że słowo raz powiedziane obowiązuje zawsze.

     

    Horngacher wprost zadeklarował przedłużenie umowy?
    Apoloniusz TAJNER: - Nie zadeklarował, ale z zadowoleniem przyjął nasze stanowisko. Później już na ten temat nie rozmawialiśmy.

     

    Ponoć na naszego trenera zakusy mają Austriacy. Jest obawa, że Horngachera mogą skusić lepsze pieniądze?
    Apoloniusz TAJNER: - Gdyby otrzymał propozycję z cyklu nie do odrzucenia, to może by i przyjął, ale w tej sytuacji nie sądzę, żeby miał ambicje bycia kołem ratunkowych dla austriackich skoków, skoro w Polsce ma wszystko uporządkowane. Zresztą sam brał udział w budowaniu potencjału naszych skoków. Czekają go dalsze sukcesy. Uważam, że finansowo jesteśmy w stanie podołać jego oczekiwaniom. Poza tym jemu tutaj jest dobrze. To fajna, wesoła grupa. Po co to zmieniać? Z naszej strony stanowisko jest jasne – chcemy dalszej współpracy. Na wiosnę będziemy dogrywać szczegóły. Nie przewiduję wtedy rozmowy w stylu „zostanie/nie zostanie”, tylko ustalenie dalszej współpracy. Myślę, że spokojnie się dogadamy.

     

    Komentarze

    Napisz komentarz
    No photo
    No photo~KottUżytkownik anonimowy
    ~Kott :
    No photo~KottUżytkownik anonimowy
    Apollo ty wiesz, że Małysz trafił ci się jak ślepej kurze ziarnko, a reszta skoczków pod twoją opieką notorycznie klepała bulę.
    7 lut 19:39
    Liczba głosów:0
    0%
    0%
    Link do tego komentarza:
    Z tej samej kategorii