Historia pewnego skoku. Jak ewoluował Kamil Stoch

    Kamil Stoch oddał w karierze kilka skoków, które można określić mianem legendarnych. Ale chyba żaden z nich nie był tak przełomowy, jak ten z 21 marca 1999 roku.

    66. TCS w Bischofshofen
     fot. Tadeusz Mieczynski  /  źródło: Pressfocus

    Niespełna 12-letni wtedy Kamil wystąpił jako przedskoczek w zawodach Pucharu Świata w kombinacji norweskiej na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. Skoczył 128 metrów. Co ciekawe, żaden z uczestników tamtego konkursu nie doleciał nawet do 125 metra.

     

    Drobny nastolatek (przy wzroście 138 cm ważył 28 kg) zachwycił nawet zwycięzcę PŚ w kombinacji, Norwega Bjarte Egena Vika. Z miejsca okrzyknięto małolata z Zębu „nadzieją polskich skoków”. To właśnie z tego okresu pochodzi słynny materiał Telewizji Polskiej, w którym Stoch mówi, że „chciałby wystartować na olimpiadzie i zdobyć złoto”. Marzenie to spełnił niespełna 15 lat później w Soczi.

     

    Wielkie ambicje

    Kamil miał wielki talent (jednym z niego pierwszych sukcesów było mistrzostwo świata młodzików w 1999 roku), ale również wielkie ambicje, które nierzadko stawały mu na drodze do osiągania wielkich rzeczy. Na mistrzostwach świata w Sapporo w 2007 roku był drugi w kwalifikacjach do konkursu na dużej skoczni, tuż za Adamem Małyszem. W zawodach zajął 13. miejsce i był wściekły, choć dla 20-letniego skoczka był to świetny rezultat. On jednak zawsze chciał więcej.

     

    Pomógł Wódka

    Mentalnie jako sportowca Stocha ukształtował jego imiennik, Kamil Wódka. Psycholog sportu, który współpracował z polską kadrą w latach 2008-2013 sprawił, że skoczek z Zębu w zawodach zaczął myśleć tylko i wyłącznie o skokach. To nie wynik, a praca, jaką na skoczni miał wykonać Stoch, miała mieć dla niego największe znaczenie.

     

    Niewiele jednak brakowało, by ta harmonia została zaburzona. Podczas czempionatu w Val di Fiemme Kamil, jeden z faworytów do medalu, drugi po 1. serii, w finale zepsuł swój skok i spadł na 8. miejsce. Schowany za goglami z trudem ukrywał rozpacz. - Psuję kolejne zawody i to jedne z najważniejszych w moim życiu. Była ogromna szansa na to, żeby zrobić tu super wynik, a ja tę szansę po prostu wypuściłem z rąk – mówił łamiącym głosem skoczek z Zębu.

     

    Motto od ojca

    Wiele lat temu Stoch usłyszał od swojego ojca Bronisława, który z zawodu jest psychologiem sądowym: „Musisz sto razy przegrać, aby raz wygrać”. Te słowa stały się motywem przewodnim jego zwycięstwa w konkursie na dużej skoczni, dzięki czemu został mistrzem świata. 10 lat temu w tym samym miejscu swoje wielkie chwile przeżywał Małysz. I gdy Stoch zaczynał swoją przygodę w Pucharze Świata, porównań do „Orła z Wisły” nie było końca.

     

    - Ja nie chcę być nowym Małyszem. Jestem Kamilem Stochem i niech tak zostanie – mówił z góralskim uporem. Jednak kiedy dawny mistrz kończył karierę, to właśnie on przejmował pałeczkę lidera w polskiej ekipie.

     

    W ostatnim sezonie skoczka z Wisły Stoch wygrał trzy konkursy Pucharu Świata. Ten ostatni, w Planicy, był symboliczny - stary czempion przekazał pałeczkę przyszłej gwieździe skoków. A ta do dziś nie tylko kontynuuje jego dzieło, ale już pisze swoją historię. W niektórych aspektach Kamil już prześcignął Adama. - Jak ja mogę teraz porównywać się do niego? - pytał retorycznie po konkursie w Bischofshofen Adam Małysz.

     

    Z tej samej kategorii