Jan Szturc: Kamil przeszedł samego siebie

    - Nie ma idealnego skoku. Kamil Stoch wciąż ma rezerwy. Nie od dziś wiadomo, że spóźnia odbicie. Czasem to pół metra. Ale u niego to odbicie idzie w dobrym kierunku - mówi pierwszy trener Adama Małysza.

    66. TCS w Bischofshofen
     fot. Tadeusz Mieczyński  /  źródło: Pressfocus

    DAWID BOŻEK: Kamil Stoch wygrał wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni. Nam wciąż trudno w to uwierzyć. A panu?
    JAN SZTURC: - To dla mnie szok, że Kamil zwyciężył w takim stylu, zważywszy na fakt, że w drugich zawodach, w Garmisch-Partenkirchen musiał długo czekać na finałowy skok. Trzeba być bardzo mocnym i odpornym psychicznie zawodnikiem, by to wytrzymać. Wielkie ukłony dla Kamila za to, co zrobił. Po ostatnim skoku w Bischofshofen było widać, jak cała presja z niego zeszła. Był od początku turnieju bardzo mocno skoncentrowany, myślał tylko o skokach i o niczym innym. A przecież w grę wchodziło nie tylko zwycięstwo w całej imprezie, ale także wygranie wszystkich czterech konkursów. Kamil przeszedł chyba samego siebie. Myślę jednak, że to nie koniec jego wielkich osiągnięć w tym sezonie. Oby ta forma utrzymała się do igrzysk olimpijskich.

     

    Patrząc na to, co zrobił Stoch w TCS, czy ktoś obecnie może mu zagrozić?
    JAN SZTURC: - Nigdy nie można być pewnym zwycięstwa, nawet jeśli jest się w najwyższej formie. Kamil zresztą nie myśli o wygranej na igrzyskach, tylko o tym, by oddać dwa dobre skoki. Tak, jak robił to Adam Małysz, kiedy był na topie. Największym zagrożeniem dla niego, jak zresztą dla każdego zawodnika, są zmienne warunki wietrzne. To one mogą odwrócić losy rywalizacji.

     

    Stefan Horngacher mówi, że skoki Kamila wciąż nie są idealne. Co ma na myśli nasz szkoleniowiec?
    JAN SZTURC: - Pamiętajmy, że nie ma idealnego skoku. W każdej, nawet najlepszej próbie można znaleźć jakiś błąd. Kamil wciąż ma rezerwy. Nie od dziś wiadomo, że spóźnia odbicie. Czasem to pół metra. Ale u niego to odbicie idzie w dobrym kierunku, więc ten błąd nie ma aż tak wielkiego wpływu na jego skoki. Powstaje jednak pytanie, co by było, gdyby Kamil trafił w punkt. U niego widać swobodę w dojeździe do progu, a także koncentrację. Sunie po rozbiegu jak po nitce. Jest tak poukładany, że wszystko robi z automatu. Nie myśli o tym, jak wykonać poszczególny element, tylko skupia się na tym, by wykonać wszystko w odpowiednim momencie.

     

    W turnieju było też kilka innych miłych polskich akcentów, na przykład Stefan Hula czy Dawid Kubacki.
    JAN SZTURC: - Pokazali się z bardzo dobrej strony. Dawid w Oberstdorfie po raz pierwszy w karierze stanął na podium. Myślę, że ten fakt wzmocnił go psychicznie. W całym turnieju zajął szóste miejsce, choć przed ostatnim konkursem miał szansę na podium. Być może obniżenie belki przed finałowym skokiem w Bischofshofen trochę go zdeprymowało, ale uważam, że to dla niego dobre doświadczenie. Tego chłopaka stać na bardzo wiele, zresztą widać to w kwalifikacjach czy seriach próbnych, w których oddaje bardzo dobre skoki. W konkursie nie zawsze tak jest, ale i tak uważam, że Dawid zrobił ogromny postęp. Podobnie jak Stefan, choć po kwalifikacjach w Ga-Pa wydawało się, że skończy TCS co najmniej w czołowej dziesiątce. Choć powoli zbliża się do 32. roku życia, wciąż drzemią w nim duże możliwości. Wspomnę też o Kubie Wolnym - miał bardzo dobre pojedyncze skoki, ale pamiętajmy, że w trakcie imprezy był przeziębiony i to musiało się odbić. Ale w Innsbrucku wywalczył najlepszy wynik w karierze (był 15., przyp. red.).

     

    Co z kolei dzieje się z Maciejem Kotem i Piotrem Żyłą, którzy w zeszłym sezonie skakali tak dobrze?
    JAN SZTURC: - Widać, że od jakiegoś czasu męczą się na skoczni. Pojedyncze skoki są w miarę dobre, ale nie brakuje też tych słabych. W przypadku Maćka na progu wszystko wygląda ładnie, ale brakuje metrów. Trudno powiedzieć, dlaczego. Szkoda konkursu w Bischofshofen, gdzie Maciej nie zakwalifikował się do 2. serii – być może w turnieju byłby całkiem wysoko. Piotrek z kolei ma problem z pozycją dojazdową. W zeszłym roku jeździł wyżej. Teraz ta pozycja jest zbyt niska, przez co musi bardziej atakować biodrem do nart. W konsekwencji ciężko mu wykorzystać na progu to, co ma w nogach.

     

    Na koniec spytam o naszego debiutanta, Tomasza Pilcha. Jak pan odebrał jego występ w Innsbrucku i Bischofshofen?
    JAN SZTURC: - To był zasłużony debiut. Pamiętajmy, że nie skończył jeszcze 18 lat i pojechał do Austrii po doświadczenie. Puchar Świata a Puchar Kontynentalny to inna liga. Miał okazję zmierzyć się z najlepszymi skoczkami i to w tak prestiżowych zawodach. W serii KO trafiał na mocnych rywali – Stephana Leyhe w Innsbrucku i Markusa Eisenbichlera z Bischofshofen. Choć z nimi przegrał, nie dał plamy. Skakał na miarę swoich możliwości. Myślę, że doświadczenie, jakie zebrał w ostatnim czasie, pomoże mu w kolejnych zawodach, a już na pewno w mistrzostwach świata juniorów w Szwajcarii. Podsumowując występ naszych skoczków należy cieszyć się z tego, co jest.

     

    Z tej samej kategorii