Jesteście dumą naszego kraju

    Tak premier Mateusz Morawiecki żegnał polskich skoczków przed wylotem do Pjongczangu.

    Skoczkowie Dawid Kubacki Kamil Stoch Piotr Żyła
     źródło: Pressfocus

    Nikt nie ma wątpliwości, że to oni mają największe szanse na sukcesy. Justyna Kowalczyk, która wracała ze złotymi medalami z Vancouver i Soczi, najlepsze lata ma chyba już za sobą. Panczenista Zbigniew Bródka, sensacyjny zwycięzca wyścigu na 1500 m podczas ostatnich igrzysk, raczej nie powtórzy tego osiągnięcia, chyba że stałby się cud.
    A naszych skoczków boją się wszyscy. Trenerzy innych ekip, pytani o faworytów konkursu drużynowego w Pjongczangu, jednym tchem wymieniają Polaków i Norwegów. Największe legendy tej dyscypliny stawiają na Kamila Stocha, który ich zdaniem może powtórzyć swoje wyczyny z Soczi. Cztery lata temu nie było na niego mocnych - zdobył dwa złote medale. Dziś jest liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata, w niedzielę wygrał Willingen Five, jest najlepiej zarabiającym w tym sezonie, czegóż chcieć więcej. A przecież nie tak dawno po raz drugi wygrał Turniej Czterech Skoczni, a w nim wszystkie cztery konkursy, wyrównując rekord Svena Hannawalda.
    Oczywiście pesymiści przypomną ostatnią porażkę w Zakopanem i fakt, że w obu konkursach w Willingen byli jednak od niego lepsi. W pierwszym, sobotnim, stracił prowadzenie i spadł na czwarte miejsce, w drugim przegrał z Norwegiem Danielem Andre Forfangiem.
    Pod koniec stycznia, na mamucie w Oberstdorfie zdobył co prawda jako pierwszy Polak srebrny medal i tytuł wicemistrza świata w lotach, ale musiał jednak uznać wyższość Norwega Daniela Andre Tande.
    Na szczęście Stoch nic sobie nie robi z takich opinii. Dojrzał na tyle, że jest świadom swoich możliwości, podobnie jak jego koledzy.
    - W Pjongczangu niczego nie muszę bronić. Złotych medali, mam nadzieję, nikt mi nie odbierze. Będę natomiast walczył o nowe cele - powiedział na ostatnim spotkaniu z dziennikarzami przed wylotem na igrzyska. Tłok w siedzibie Polskiego Komitetu Olimpijskiego był niesamowity, co najlepiej obrazuje nadzieje z nim związane.
    Skoczkowie złożyli ślubowanie olimpijskie, wysłuchali słów premiera Morawieckiego i po południu odlecieli do Korei Płd.
    Wcześniej powiedzieli kilka słów. Mimo było ich słuchać. Najlepsi mówcy to Dawid Kubacki i Maciej Kot. Na Kamilu Stochu zawsze można polegać, że powie coś mądrego, na Piotrku Żyle, że rozśmieszy w swoim stylu. Najspokojniejszy z nich, Stefan Hula, mówi niewiele, ale zawsze z sensem. I podobnie jak pozostali nie pobija bębenka, studzi nastroje, choć przecież ma świadomość, że forma przyszła we właściwym momencie i mamy drużynę na medal.
    Duże brawa za to wszystko dla Stefana Horngachera, austriackiego trenera polskich skoczków. W pierwszym sezonie pracy doprowadził ich do historycznego, drużynowego mistrzostwa świata, a Stocha do zwycięstw w turnieju Czterech Skoczni. Żyła był w w tym turnieju drugi, zdobył też brązowy medal MŚ indywidualnie.
    W tym sezonie jest jeszcze lepiej, ale i tak wszystko zweryfikują olimpijskie występy. Kwalifikacje do sobotniego konkursu, w którym Polacy będą należeć do faworytów, już w czwartek. W Willingen trzykrotnie stawali na podium, najpierw Kubacki był trzeci, w niedzielę Stoch drugi, a trzeci Żyła. A gdyby Hula oddał dwa takie skoki, jak ten w finałowej serii (145 m), to byłby zwycięzcą. Coraz lepiej skacze też Kot, który w minionym sezonie wygrał przecież na normalnej skoczni w Pjongczangu konkurs Pucharu Świata.
    Ale wszyscy wiemy też, że skoki narciarskie są nieprzewidywalne, więc w Korei Płd bardzo przyda się też łut szczęścia. Oby go naszym skoczkom nie zabrakło, bo będzie im potrzebne.

     

    Z tej samej kategorii