Adam Małysz: Zawodnik nie ma nic do powiedzenia!

    Czy konkurs na normalnej skoczni w ogóle powinien był się odbyć? Wiele ekip twierdzi, że nie, ale - co ciekawe - nikt w tej sprawie nie protestował!

    Puchar Swiata w skokach narciarskich w Zakopanem
     fot. Rafał Oleksiewicz  /  źródło: Pressfocus

    W polskim sztabie powoli opadają emocje po sobotnim konkursie na normalnej skoczni, choć zawodnicy długo jeszcze rozpamiętywali to, co stało się w ostatni weekend. Stefan Hula i Kamil Stoch nie znaleźli się na podium, choć byli liderami po I serii, a Dawid Kubacki przegrał z warunkami i nie awansował do „trzydziestki”.

     

    - Może chłopcy nie byli źli, ale ostatnie doświadczenia były dla nich ciężkie. Jednak nawet jeśli głęboko to przeżywali, to na drugi dzień po zawodach tego nie pokazywali - podkreślił dyrektor reprezentacji Polski Adam Małysz. - To nie jest tak, że się o tym zupełnie zapomina. Te wspomnienia tak czy inaczej zostają w głowie i wiem to z własnego doświadczenia. Ale pozytywne myślenie o tym, że nadal jest się w dobrej formie zawsze pomaga i motywuje do oddawania kolejnych dobrych skoków - zwrócił uwagę były skoczek.

     

    Zagrało wszystko prócz wiatru

    Dużą robotę zaraz po konkursie wykonał trener Stefan Horngacher, który już w szatni uspokoił skołatane nerwy swoich podopiecznych. Stwierdził, że nic się nie stało, że czwarte miejsce Stocha i piąte Huli jest wielkim sukcesem i wszyscy powinni być z siebie zadowoleni. Ich poziom sportowy wciąż jest bowiem bardzo wysoki. Z analizy wideo przeprowadzonej po zawodach wynikło, że w swoich finałowych skokach zarówno Stoch, jak i Hula nie popełnili większych błędów. - Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Wszystko poza wiatrem, który jako jedyny nie był po naszej stronie - wzdychał Horngacher.

     

    Biało-czerwoni koncentrują się teraz na konkursie na dużej skoczni. Środowisko skoków wciąż jednak nie ucichło w komentowaniu sobotnich wydarzeń. I choć na podium stanęli faworyci (Wellinger, Forfang i Johansson), więc trudno mówić o wypaczeniu wyników, to niesmak pozostał. - Nie chcemy takich konkursów - powiedział wprost mistrz olimpijski z Albertville, Austriak Ernst Vettori. Ostro przeklinał też Małysz, choć wczoraj przyznał, że po zawodach powiedział o parę słów za dużo. Wciąż jednak utrzymuje stanowisko, że sobotnie zawody nie powinny były w ogóle się odbyć. - I nie twierdzę tak przez pryzmat braku medalu. Już po przyjeździe na skocznię przewidywaliśmy, że będzie to bardzo niesprawiedliwy konkurs. Przed serią próbną swój trening miały panie. Wiało tak mocno pod narty, że niektóre miały odejmowane od noty ponad 30 punktów, a jedna z nich zaliczyła upadek - zaznaczył czterokrotny mistrz świata.

     

    Było blisko odwołania

    Problem w tym, że polska ekipa, a także inne reprezentacje nie protestowały na tyle głośno, by Międzynarodowa Federacja Narciarska zwróciła uwagę, że rozgrywanie zawodów przy tak mocno wiejącym wietrze oraz niskiej temperaturze mija się z celem. Konkurs doszedł do skutku, trwał ponad trzy godziny, a długie przerwy powodowały, że zawodnicy marzli w oczekiwaniu na zielone światło. Momentem krytycznym był przypadek Simona Ammanna, który w drugiej serii pięciokrotnie wchodził na belkę startową. Jak przyznał w rozmowie z TVP dyrektor Pucharu Świata Walter Hofer, niewiele wtedy brakowało do odwołania tego konkursu.

     

    - Naszym „wyznacznikiem” byli skoczkowie na górze, którzy wytrzymywali te długie przerwy. Niektórzy z nich mieli wyziębione twarze i ciała, ale jeżeli choć jeden z nich powiedziałby, że to przekracza jego siły, to w gronie decyzyjnym musielibyśmy zająć jakieś stanowisko. Jednak pytaliśmy zawodników i, mimo tych długich pauz, oni chcieli skakać - tłumaczy się Austriak.

     

    - Zawodnik nie ma tak naprawdę nic do powiedzenia! - odpowiada Małysz. - Byłem skoczkiem i wiem, że można mówić swoje, a i tak wszystko zależy od jury.

     

    Matematyka schodzi na drugi plan

    Jeszcze w trakcie zawodów osoby zarządzające konkursem wykluczyły ich odwołanie po pierwszej rundzie. W przypadku zmagań w mistrzostwach świata czy igrzyskach olimpijskich jury robi absolutnie wszystko, by dać drugą szansę wszystkim zawodnikom. Kibice skoków narciarskich doskonale pamiętają rywalizację na dużej skoczni podczas mistrzostw świata w Libercu w 2009 roku, gdzie do wyłonienia medalistów wystarczyła tylko jedna seria (wygrał wtedy Andreas Kuettel przed Martinem Schmittem i Andersem Jacobsenem). Do dziś za zwycięzcą wlecze się opinia przypadkowego mistrza świata.

     

    Druga sprawa to przeliczniki za wiatr i belkę, o których pisaliśmy już wczoraj. Ponieważ podmuchy pod narty były bardzo mocne, komputer obliczył, że Kamil Stoch, aby pokonać Andreasa Wellingera, musiałby skoczyć 116 metrów, co na skoczni, której rekord wynosi 113,5 jest praktycznie nie do osiągnięcia. - Trzeba brać pod uwagę, że w momencie skoku te matematyczne parametry schodzą na drugi plan. Najważniejsze jest to, że zawodnik ma zielone światło, po którym ma 10-15 sekund na skok. Wtedy kalkulacje to jedno, drugie to realia. Decydujący jest głos jury, który pozwolił na skok - twierdził Hofer przed kamerami Telewizji Polskiej.

     

    Hofer został sam

    - Jest wiele różnych opinii, racji, zdań, a ostatecznie to jedna osoba zostaje z podjęciem finalnej decyzji i musi wziąć za to odpowiedzialność. Czasami jestem to ja. A jeżeli chodzi o te zawody, to stwierdzam, że przyniosły nam wszystkim wiele stresu, ale mimo tego wszystkiego to był pełnoprawny konkurs i w takich kategoriach o nim dyskutujmy - zamknął temat dyrektor PŚ.

     

    Bez względu na ostateczne rozstrzygnięcia, sobotnie zawody były antyreklamą skoków narciarskich i nikt nie chce, aby sytuacja powtórzyła się za cztery dni na dużej skoczni oraz w poniedziałek, 19 lutego podczas konkursu drużynowego. - Jeśli będą takie warunki jak na średniej skoczni, to mam nadzieję, że zawody zostaną przełożone. Na dużym obiekcie jeszcze trudniej byłoby przeprowadzić taki konkurs - stanowczo twierdzi Adam Małysz.

    Z tej samej kategorii