Ryszard Pawłowski: W górach partner jest najważniejszy

Rozmowa z Ryszardem Pawłowskim, zdobywcą 11 spośród 14 ośmiotysięczników, który m.in. pięciokrotnie stawał na szczycie Mount Everestu.

Ryszard Pawlowski
 źródło: Materiał prasowy

Tragedia - czyli pozostanie Tomasza Mackiewicza pod szczytem Nanga Parbat - i spektakularna akcja czterech innych polskich wspinaczy w celu uratowania jego górskiej partnerki, Elizabeth Revol, zwróciły uwagę opinii publicznej na ów ekstremalny sport, jakim jest himalaizm - zwłaszcza zimowy. Ryszard Pawłowski jest jedną z najbardziej utytułowanych postaci rodzimego środowiska alpinistycznego. On też z uwagą śledził to wszystko, co działo się na zboczach tej góry. I podzielił się z nami refleksjami na ten temat, przy okazji wspominając własne lata spędzone w najwyższych górach.

 

Trudno nie ulec wrażeniu, że duet Tomasz Mackiewicz - Elizabeth Revol to dość przypadkowo zestawiona dwójka himalaistów, porywająca się na ekstremalnie trudny wyczyn. W czasie takich wyprawy liczą się bardziej umiejętności czy może kwestie przyjaźni między członkami zespołu?
RYSZARD PAWŁOWSKI: W czasie wypraw ekstremalnych musisz mieć jakieś dokonania, duże doświadczenie; wtedy masz autorytet w grupie. I to na tej bazie tworzą się zespoły. Na przykład Jurek Kukuczka wspinał się często z Andrzejem Czokiem, miał też okres wspinaczkowy z Wojtkiem Kurtyką. Trzymasz się swego partnera, bo się w jakiś sposób uzupełniacie. Natomiast jeżeli jest duża - licząca kilkanaście osób - wyprawa w Himalaje czy Karakorum, starasz się znaleźć partnera, z którym się lubisz czy wręcz przyjaźnisz. Kiedy byłem młody i dobrze się wspinałem, niekoniecznie kierowałem się tym, kto w grupie był najlepszy. Wolałem nawet słabszego technicznie partnera, ale będącego moim kolegą, przyjacielem. Bardzo dużo dróg i trudnych przejść zrobiłem też z dziewczynami. Dodatkowo mnie mobilizowały: miałem wrażenie, że jestem ciut lepszy i dzięki temu mogę im zaimponować. Dodawało mi to „pałera”; wiedziałem, że to ja jestem tym, który decyduje o wszystkim i dzięki któremu pokonujemy trudności. Zresztą staraliśmy sobie stawiać coraz trudniejsze cele. Również po to, by „mieć wynik”, zaimponować środowisku.

 

Myśli pan, że ta chęć zaimponowania wciąż jest żywa? Że Tomaszowi Mackiewiczowi i Elizabeth Revol też przyświecała?
RYSZARD PAWŁOWSKI: Zanim porozmawiamy o ich wyprawie, cofnę się raz jeszcze do moich początków w górach. Wtedy sytuacja była całkiem inna niż teraz: żeby gdziekolwiek wyjechać za granicę, trzeba było się „pokazać”. A ja byłem w trudnej sytuacji; przyjechałem na Śląsk w wieku 14 lat, mieszkałem najpierw w internacie zasadniczej szkoły górniczej, potem w hotelach robotniczych, dostałem pracę na kopalni, rozpocząłem wieczorowe studia na Politechnice Śląskiej. Wszystko z dala od Warszawy - a to przecież Warszawa typowała ludzi na wyjazdy. Owszem, nasz katowicki klub był i jest bardzo utytułowany - chyba najlepszy na świecie: Jurek Kukuczka, Krzysiu Wielicki, Artur Hajzer, Janusz Majer... Ale i tak, by się dostać na taki zimowy obóz w Alpach, na Kaukazie, Pamirze czy w Karakorum, trzeba było mieć wyniki, zostać zauważonym. Walcząc o to, dorobiłem się opinii faceta dla którego nie ma trudnych warunków. Bez względu na to, czy padało w skałkach, czy zimą w Tatrach wiało i było lawiniasto, starałem się wykorzystać wolny czas na „robienie wyników”. Stąd też dostałem ksywkę „Napał”, bo rzucałem się na góry jak głodny na jedzenie. Robiłem zimą w Tatrach trudne drogi, zacząłem się wspinać samotnie. Na przykład na Kazalnicy czy na Mięguszowieckim wchodziłem w ścianę na 4-5 dni. Nikt inny wtedy tego nie robił. Musiałem po prostu podtrzymywać tę dobrą o sobie opinię. Na szczęście miałem i dodatkowy plus: w katowickim Pałacu Młodzieży uprawiałem różne sporty, m.in. przez 6 lat dżudo, byłem więc wytrenowany. Dlatego ci najlepsi chętnie brali mnie w góry, bo i wydolnościowo, i technicznie byłem bardzo dobry. Pomagały mi też niektóre cechy charakteru i... dobre geny. Zdarzały się biwaki powyżej 8 tysięcy metrów, gdzie inni się odmrażali czy... wręcz umierali, a mnie nic nie było.

 

Z tej samej kategorii