Jacek Wszoła 40 lat po Montrealu: Między skokami chodziłem zapalić

cznb JACEK WSZOLA
 fot. Marek Biczyk  /  źródło: newspix.pl

Euforia? Owszem, gdy już wszedłem na salę konferencyjną, gdzie było ciepło i miło, prawie usnąłem - wspomina mistrz olimpijski.

TOMASZ MUCHA: Wygrał pan konkurs rozgrywany w bardzo trudnych warunkach. Podobno na treningach przed igrzyskami pana ojciec i trener zarazem, Roman Wszoła, specjalnie polewał panu rozbieg?
JACEK WSZOŁA: To prawda. Lato było piękne tamtego roku, upalne. Ani jedne zawody przed igrzyskami nie odbywały się w zimnie, nie mówiąc o deszczu, zresztą większość miałem w południowej Europie. Na przedolimpijskim zgrupowaniu w Spale ojciec stwierdził, że musimy sobie przypomnieć, jak to jest skakać w warunkach Europy środkowo-północnej. Wiatru i chłodu nie mógł mi „zorganizować”, ale mokry rozbieg już tak. Powiem panu – w skoku wzwyż nie ma takiej opcji, żeby deszcz sprzyjał komukolwiek.

 

Ale pan się świetnie czuł w tych warunkach...
JACEK WSZOŁA: To kwestia przygotowania mentalnego – może miałem odrobinę więcej wiary w to, że się nie przewrócę. Zresztą wtedy nikt się chyba nie przewrócił. Ale uczestniczyłem w zawodach, w których trup ścielił się gęsto - opowiem panu dygresję, która może oddać niebezpieczeństwo.

 

Chodziło o 1984 rok i zawody „Przyjaźń '84” dla sportowców z państw, które zbojkotowały igrzyska w Los Angeles?
JACEK WSZOŁA: Tak, udział w nich nie był dobrowolny. Startowaliśmy w Moskwie (inne dyscypliny rozgrywane były w innych krajach państw bloku wschodniego, w tym w Polsce – przyp. red.). Skończyła się rozgrzewka, rozbiegi porozmierzane i nagle za skocznią pojawiają się jacyś dziwni ludzie, nie pasujący wzrostem do skoku wzwyż, ubiorem zresztą też nie – w jakieś kolorowe poncza, no dziwaki jakieś. Okazało się, że to zawodnicy z Ameryki Południowej, kilku Indian, totalna egzotyka. Najlepszy z nich, chyba Boliwijczyk, zakończył skakanie na 1,95 albo 2 metrach. W tym momencie nad stadion napłynęła wielka czarna chmura, pojawiły się błyskawice i jak pierdzielnął deszcz, w ciągu 2-3 minut niecka stadionu wypełniła się wodą, jak u nas na Ursynowie parę dni temu. Deszcz szybko ustał, wyszło słońce, ale było jeszcze gorzej niż w Montrealu, bo woda nie odpływała. Mimo to sędziowie wyciągnęli swoje chorągiewki, odpalili tablice, pojawiły się numery startowe i trzeba było skakać. Przyszła kolej na prawdziwych zawodowców. Przede mną gość – patrzę, wywinął orła pod zeskok, wygramolił się, ale ryczy jak zarzynany wół i lewą rękę niesie swoją prawą. Patrzę, a tu kość wystaje mu z ramienia. Otwarte złamanie. Jakiś horror.
Ja się teraz śmieję, ale jak to zobaczyłem, to pomyślałem tak: jak ja teraz odmówię skakania, to mam przechlapane, po sezonie, zakaz startów, albo dożywotnia dyskwalifikacja. Więc stanąłem na rozbiegu, pobiegłem i delikatnie zrobiłem to, co poprzednik, ale kontrolując wydarzenia. Wjechałem pod zeskok, trąciłem ręką stojak, poprzeczka spadła. Zamknąłem oczy i długo się nie ruszałem. Nie wiedziałem tylko, że była transmisja do Czech. Oglądał to w Opolu Stanisław Olczyk, trener Janusza Trzepizura, świetnego zawodnika. I dzwoni do mojej żony, pani Krysiu, widziałem jak Jacek upadł, nie chcę pani martwić, ale nie jest dobrze, zadzwonię, jak się czegoś dowiem. Żona w domu sama z dwójką dzieci, nic nie wie, transmisja w Polsce miała zacząć się później...
Ja się nie ruszam, jedna noga na zeskoku, druga gdzieś obok, mam zamknięte oczy, więc przyjeżdża karetka. Pewnie wyglądało to fatalnie. Wsadzili mnie na nosze i wywieźli. Zatrzymali się w bramie, wtedy otwieram oczy i mówię: no tawariście, wsjo w parjadkie, dawajtie zakurim, pasmatrim konkursa! Oni szeroko otworzyli oczy.

 

Świadomie zasymulował pan kontuzję?
JACEK WSZOŁA: No tak. Dwa dni wcześniej Władek Kozakiewicz nie zdobył medalu w tyczce i władze tak się obraziły, że zaraz dowiedział się, że ciupasem wraca do domu i ma sobie wybić resztę startów do końca sezonu. Kalkulacja była prosta – jak się wycofam, znowu ktoś się obrazi, bo przecież chodziło o medale i punkty. A tak, kontuzja straszna, no! Dziwiłem się potem nawet, że nikt się nie czepia, bo nie byłem nawet specjalnie poturbowany, ot otarty łokieć.

Z tej samej kategorii