Rafał Sonik: Boję się niewiedzy i głupoty

rafał sonik
 fot. Krzysztof Porębski  /  źródło: Edytor

- Dakar to sztuka powstrzymywania się - mówi Rafał Sonik, najlepszy polski quadowiec, zwycięzca rajdu z 2015 roku.

 

Rajd Dakar jest najbardziej rozpoznawalną imprezą off-roadową. Co roku przyciąga uwagę milionów fanów motosportu na całym świecie, także w Polsce. Kolejna edycja rozpocznie się 2 stycznia w stolicy Paragwaju Asuncion, a zakończy 14 stycznia w Buenos Aires. Ma być jedną z najbardziej wymagających imprez w historii motosportu. Na prawie 9 tysiącach kilometrów kierowców czekają tropikalne upały na nizinach Paragwaju i Argentyny oraz niskie temperatury w górzystej Boliwii. Wśród uczestników jest dziewięciu Polaków, w tym Rafał Sonik, zwycięzca w kategorii quadów z 2015 roku.

 

W ostatnich latach podkreślał pan, że Rajd Dakar z roku na rok jest coraz trudniejszy. Tendencja została zachowana?


Rafał SONIK: - Już dwa lata temu myślałem, że trudniejszy być nie może, ale okazało się, że gdy nie można wymyślić trudniejszych tras, można zdjąć informacje z roadbooka. Nagle okazało się, że jedzie się podobną trasę, co rok temu, ale nasza wiedza o niej jest o połowę mniejsza. Jedziemy w nieznane. Jestem rozczarowany, że wiedza, którą otrzymujemy od organizatorów, jest coraz bardziej znikoma. Zabiera mi to część przyjemności, bo lubiłem czytać roadbooka, wyobrażać sobie, co będzie następnego dnia, wizualizować to sobie. Teraz nie mam takiej możliwości, bo są w nim tylko odległości i informacje o głównych przeszkodach. Nie będzie jednak możliwości zarządzania energią. Nie będziemy wiedzieć, czy czeka nas teraz 50 kilometrów szutrówek, na których można się napić, zjeść batona, lub zrobić przegląd quada, czy za chwilę rozpocznie się odcinek, na którym trzeba będzie jechać z minimalną prędkością. To skraca czas na odpoczynek i regenerację.

 

Czyli to będzie najtrudniejszy Dakar z dotychczasowych?


- Z pewnością. Znów czeka nas wiele dni na dużych wysokościach i niskich temperaturach, burze śnieżne, gradobicia, burze w górach Boliwii, gdzie pioruny biją co ułamek sekundy. To będzie morderczy Dakar. Fizjologicznie skrajny.

 

Jak sobie z tym radzić?


- Na początku ma się dużo adrenaliny. Nie chce się spać, ale to złudne. Potem, gdy brakuje snu, nie tylko popełnia się więcej błędów, ale co gorsza, na dużych wysokościach, znajduje się jakby w wirtualnej rzeczywistości i czasem nie wiadomo, gdzie się jedzie. Dlatego każdą minutę rajdu trzeba wykorzystać na sen. Jeśli tylko nie musisz czegoś koniecznie zrobić - śpij. Nawet na dużej wysokości. Nawet jeśli trzeba wypić uspokajającą herbatę, by poprawić zasypianie. Dakar to walka z fizjologicznymi ograniczeniami.

 

Ma pan też inne sposoby walki ze zmęczeniem?


- Mamy spreje z tlenem. U mnie stałym elementem sypialni jest już namiot tlenowy. Wszystkie treningi przeprowadzałem w Alpach. Prawie nie jeździłem quadem, tylko chodziłem i biegałem po górach, jak najwyżej się da. Na miejscu pijemy herbatkę z liści koki, które rozszerzają naczynia krwionośne i poprawiają skład krwi. Żujemy też jej listki, co na wysokich terenach Boliwii robią wszyscy. To zupełnie normalny produkt. Pomaga nam w skrajnych sytuacjach.

 

Sprzętowo jest pan przygotowany?


- Myślałem, że jestem perfekcjonistą i że dużo ulepszyłem, ale gdy zobaczyłem quada Siergieja Kariakina i porozmawiałem z nim, okazało się, że modyfikował sprzęt w zakładach techniki lotniczej i kosmicznej. Rozwiązania, które tam zastosowano, są z kompletnie innej półki. Konkurenci będą mieli mocniejszy i szybki sprzęt, ale liczę na to, że nasz będzie jak zwykle niezawodny. A to duży atut.

 

Lubi się pan ścigać na piasku. Tegoroczny Dakar to zaoferuje?


- Niestety nie. Spodziewam się, że będzie dużo błota, zimna i deszczów. Nienawidzę błota, dlatego przestałem się ścigać w rajdach mokrych i błotnistych, a okazało się, że dogoniło mnie w Ameryce Południowej. To oczywiście kolejny atut lokalnych zawodników. W Paragwaju, Boliwii i Urugwaju są tereny do treningów w takich warunkach. Musielibyśmy całą jesień siedzieć w Bieszczadach. Nie lubię tego, ale trzeba to przyjąć. Na pewno jednak faworytami będą miejscowi - Pablo Copetti, Marcelo Medeiros, Ignacio Casale, Walter Nosiglia, a do tego Kariakin czy Josef Machaczek. Czołówka Dakaru to kilkunastu zawodników, między którymi rozegra się zażarta walka.

 

To będzie dla pana wyjątkowy rajd, bo ma pan półrocznego synka. Czy ten fakt może wpłynąć na pana podejście do jazdy, ograniczanie ryzyka?


- Dakar to od zawsze sztuka powstrzymywania się. Jeżeli doganiasz lidera rajdu w korycie wyschniętej rzeki, to nie ciesz się, tylko martw, bo to znaczy, że jedziesz za szybko i musisz natychmiast zwolnić. Lider rajdu, szczególnie taki, który już wcześniej go wygrał, doskonale wie, że w korycie rzeki czekają zasadzki, których nie da się w żaden sposób przewidzieć. Teraz będę się powstrzymywał podwójnie, ale jestem pewny, że da się zwyciężyć, będąc doświadczonym człowiekiem i ojcem.

 

Zeszłorocznego rajdu nie udało się panu dokończyć. To dla pana dodatkowa motywacja?


- Czasem zwyciężasz, a czasem się uczysz. Moją motywacją nie jest sukces, a porażka. W 2006 roku miałem połamaną rękę w taki sposób, że właściwie nikt nie dawał mi szans na powrót do sportu. W 2010 po raz kolejny. Po drodze miałem wiele mniejszych kontuzji, a w 2011 połamałem dłoń i kręgosłup w odcinku szyjnym. Za każdym razem miał być koniec i za każdym razem podnosiłem się silniejszy i szybszy. Klasę sportowca pokazuje nie to, jak zwycięża, ale jak podnosi się po upadku.

 

Tym razem wystartuje pan w duecie z Kamilem Wiśniewskim. Co to oznacza?


- Może się zdarzyć, że przez cały rajd się nie zobaczymy, ale wsparcie psychiczne, wiedza, podzielenie się innym spojrzeniem, które możemy sobie dać, są nie do zastąpienia. Zaczynam rozdział, w którym przekazuję doświadczenie. Chcemy się uzupełniać, by osiągnąć sukces. Dwóch bliskich sobie zawodników jest w stanie wzmocnić się fizycznie i psychicznie. Podczas dotychczasowych Dakarów nigdy nie doświadczyłem wsparcia innych zawodników. Teraz będzie inaczej.

 

Dla pana będzie to już dziewiąty Dakar. Nadal ma pan tę samą motywację, co na początku?


- Jestem cały czas nieusatysfakcjonowany. Gdy popatrzeć na moją historię dakarową, jest piękna. Najpierw piąte miejsce, potem wypadek, a następnie czwarte, trzecie, drugie, wreszcie pierwsze. Dlatego nie jest moim celem, by za wszelką cenę wygrać najbliższy Dakar. Oczywiście, chcę przywieźć "Beduina" (nagroda za zwycięstwo w rajdzie - przyp. red.), ale startuję ze świadomością, że to, co dziś wygląda na najlepsze, retrospektywnie wcale nie musi takie być. Jeśli będę czwarty, trzeci czy drugi, będę szczęśliwy, jakbym wygrał, bo moja dakarowa opowieść wciąż jest przede mną. Chciałbym się nią delektować, a nie konsumować.

 

Czy po tylu startach jest coś, czego się pan jeszcze obawia?


- Niewiedzy i głupoty. Boję się tego, czego nie przewidzę, a czego się dowiem po fakcie. Do tego guzów i siniaków z powodu rutyny. Innych rzeczy się nie boję. Generalnie jestem za przedłużeniem wieku emerytalnego dla sportowców. Można zmieniać dyscypliny, ale cały czas startować, bo sport to najlepszy towarzysz życia. Ustawia kręgosłup. Znajomi pytają mnie, jakie mam sportowe plany względem syna. Mam plany, by zrobić ze sportu jego kręgosłup życiowy. Każdy sport to znakomity motyw przewodni dla dobrego, spełnionego, szczęśliwego życia.

 

 

 

Więcej na temat:Rafał Sonik, Rajd Dakar, quady
Z tej samej kategorii