Pokerzysta wśród fechtmistrzów, czyli saga o Marku Julczewskim!

Marek Julczewski
 fot. Marek Hajkowski  /  źródło: SPORT

Życzę wszystkim trenerom takich chwil, jakie towarzyszyły mi przez 15 lat - mówi były trener polskich szpadzistów Marek Julczewski. Byłem w czołówce krajowej, nawet w szerokiej kadrze, ale konkurencja była niezwykle silna i nigdy nie było mi dane stanąć na najwyższym stopniu podium indywidualnych mistrzostw Polski - wyznaje nasz bohater.

Byłem w czołówce krajowej, nawet w szerokiej kadrze, ale konkurencja była niezwykle silna i nigdy nie było mi dane stanąć na najwyższym stopniu podium indywidualnych mistrzostw Polski. Mam wiele medali w drużynie, w tym dwa złote, ale chyba byłem zawodnikiem niespełnionym - wyznaje Marek Julczewski, trener szpadzistów, który jako ostatni doprowadził do wicemistrzostwa olimpijskiego w Pekinie w 2008 r. drużynę szpadzistów. A historia sportu często zna takie przypadki, że niespełniony sportowiec osiąga sukcesy jako szkoleniowiec i tak jest właśnie w przypadku naszego bohatera.

Za późno
- Trudno z tym stwierdzeniem się nie zgodzić, bo tak było - podkreśla trener Julczewski. - Zdecydowanie za późno zająłem się szermierką, bo wcześniej próbowałem swoich sił w tenisie oraz pływaniu. Przez jakiś czas gniewałem się na szermierkę. Tata pracował z Zygmuntem Pawlasem, medalistą olimpijskim z Melbourne i wciągnęli mnie na salę szermierczą do GKS Katowice. Jako 12-latek byłem chudy i musiałem dwa razy przejść przez szatnie, by mnie zauważono. Gdy starszyzna szermiercza nazwała mnie „Gandhi”, to ja się obraziłem. W końcu za namową kolegi wróciłem jako 15-latek, ale z perspektywy czasu uważam, że za późno. Ponadto zaczynałem od floretu, bo takie były tradycje, a o szpadzie zadecydował przypadek. W 1974 r. GKS miał walczyć w drużynowych mistrzostwach Polski i brakowało im szpadzisty. Wygrałem klubową rywalizację i pod kierunkiem Paca-Pomarnackiego przełamaliśmy 15-letnią hegemonię Legii Warszawa z Nielabą i Andrzejewskim. To jestem od 43 lat przy szpadzie.

Zwycięska szpada!
Nasz bohater początkowo nie przypuszczał, że zostanie przy szermierce. Po maturze podczas egzaminów na górnictwo w Politechnice Śląskiej „padł” z fizyki i musiał się ratować „ucieczką” do pracy na dole w kop.”Staszic”. W kolejnym podejściu egzaminy na wydział górniczy politechniki zakończyły się powodzeniem i miał nieco wydłużone wakacje, bo obowiązkowy staż „zerowy” w kopalni już miał zaliczony. Jednak po pół roku stwierdził, że inżynier górnik to zawód nie dla niego. - Podczas studiów uświadomiłem sobie, że kocham szermierkę i to jest to, co chciałbym w życiu robić - mówi znany trener szpadzistów.
Gdy szermierczy GKS chylił się ku upadkowi nasz bohater najpierw zaliczał swój trening, a potem ćwiczył z najmłodszymi.
- Można powiedzieć, że gasiłem światło i zamykałem sekcję szermierczą - uśmiecha się na wspomnienie tych czasów nasz bohater. Swego czasu prezes klubu Marian Dziurowicz stawiał na piłkę nożną, a pozostałe sekcje były kulą u nogi.

Proza...
Gdy na początku lat 90. żegnał się z wyczynową szpadą Jan Motyl zaproponował mu pracę w Zespole Szkół Ogólnokształcących oraz prowadzenie zajęć w Muszkieterze Gliwice, klubie szkolnym, który początkowo był filią Piasta Gliwice.
- To był dla mnie chyba najtrudniejszy okres, bo w życiu ważne są piękne chwile, ale równie ważne są pieniądze - na twarzy Julczewskiego pojawia się kolejny uśmiech. - Wychodziłem z domu przed 8 rano, pracowałem w szkole niemal na dwóch etatach, a po lekcjach pędziłem na zajęcia, by ogarnąć wspólnie z kolegą niemal 100-osobową grupę adeptów szermierki. Te siedem lat minęło jak jedno pstryknięcie palcami. Wiedziałem, że tak dłużej nie pociągnę i kiedy otrzymałem propozycję z Piasta Gliwice, przeszedłem tam i zabrałem ze sobą swoich podopiecznych.
W 1997 r. otrzymał nominacje na trenera kadry juniorów i mozolna praca zaczęła procentować.

Cierpliwa praca
Julczewskiemu było nieco łatwiej, bo przez kilka lat z powodzeniem prowadził juniorów, ale we wszystkim - jak zwykle - pomógł przypadek. Szpadziści nie zakwalifikowali się do igrzysk Sydney'2000 i prezes Adam Lisewski postanowił zrobić rewolucję w kadrze szpadzistów.
- Byłem przeciwnikiem tej decyzji, ale teraz z perspektywy czasu uważam, że była ona słuszna - dodaje trener. - Kurowski, Jendryś nie mieli już takiej motywacji do pracy i tylko Andrzejuk przetrwał ten trudny okres, choć też został skreślony przez prezesa. Natomiast ja miałem zaplecze, bo już był Tomek Motyka, zaś do kadry pukali Michał Sobieraj oraz Adam Wiercioch. Dwaj ostatni studiowali w USA i Sobieraj w pewnym momencie odpuścił, zaś Adam miał taki układ na uczelni, że był na każde moje zawołanie. Zdawałem sobie sprawę, że zespołowi jest potrzebny wódz i takim był niewątpliwie Andrzejuk, szpadzista z doświadczeniem. W 2004 r. przed mistrzostwami Europy w Kopenhadze przedstawiłem skład reprezentacji z Andrzejukiem w składzie. Byłem przygotowany na walkę z prezesem na argumenty, ale również miałem przygotowany wariant „B”. Prezes popatrzył na mnie groźnie i powiedział: - Niech jedzie.

Jedna szpada
Kto wie, czy ta decyzja nie była kluczowa dla przyszłego medalu olimpijskiego, bo „Robson”, jak nazywają Andrzejuka, swoim doświadczeniem łagodził obyczaje wśród „elektrycznych” szpadzistów.
- Miałem dość komfortową sytuację, Andrzejuk indywidualnie zdobył w 2004 r. brąz, zaś drużyna była srebrna - wspomina trener Julczewski. - Rok później na tych samych zawodach było jeszcze lepiej, bo zdobyliśmy podwójne złoto w drużynie oraz indywidualnie Tomek Motyka.
A dodajmy, że jak trener zaczynał pracę szpadziści byli na 14. miejscu, zaś do Pekinu zakwalifikowali się jako 4. drużyna świata. Podopieczni trenera Julczewskiego nie należeli do „aniołków Charliego” byli czupurni, ile wlezie. A jedna ich rzecz łączyła… - Wszyscy byliśmy leworęczni i tak na dobrą sprawę potrzebna była nam jedna szpada - śmieje się trener Julczewski. - Oczywiście, że do rękoczynów nie dochodziło, ale słowne utarczki się zdarzały. To dlatego, że w drużynie były cztery miejsca, zaś rywalizowało pięciu zawodników.

Kluczowa decyzja
Szpadziści, choć w światowym rankingu mieli 4. lokatę, do Pekinu jechali w cieniu florecistek oraz szablistek, bo one były kandydatkami do medalu. W szpadzie startowało 9 zespołów, bo takie mieli prawo Chińczycy jak gospodarze igrzysk. Biało-czerwoni pokonali Ukrainę 45:37, zaś Chińczycy po wygraniu z RPA trafili na Węgrów.
- Byliśmy dobrze przygotowani, bo przecież Radek Zawrotniak był szósty indywidualnie, ale w drużynie trzeba liczyć na łut szczęścia - przekonuje szkoleniowiec. - Chińczycy dość nieoczekiwanie wygrali z Węgrami, z którymi my nigdy nie wygraliśmy.
Nie wiem czy trener Julczewski jest pokerzystą. Po zagraniu w Pekinie śmiem twierdzić, że jest najlepszym pokerzystą wśród fechtmistrzów, a to niezwykle elitarne szermiercze towarzystwo. Andrzejuk pełnił rolę rezerwowego w meczach z Ukrainą oraz Chinami i gdyby nie wystartował w finale z Francuzami wówczas nie byłby... olimpijczykiem.
- To niezwykle bzdurny regulamin i warto byłoby go zmienić - irytuje się szkoleniowiec, choć nie powinien. - Przed finałem przychodzi do mnie „Robson” i pyta: - Trenerze, a co ze mną. Odpowiadam: - Będziesz walczył w finale, ale nie wiem za kogo. Andrzejuk sportowo w niczym nie ustępował kolegom. A to on przez kilka lat było spoiwem tej drużyny... Do finału mieliśmy trochę czasu i przepisy nakazują, że trzeba z wyprzedzeniem przed meczem zgłosić zmianę. Jeżeli do niej dochodzi, wówczas zawodnik wcześniej walczący zostaje skreślony ze składu. Poprosiłem na rozmowę Adama Wierciocha i poinformowałem go, że zastąpi go Robert. Adam, oczywiście się żachnął dlaczego on. Odpowiedziałem: - To proszę wskazać kolegę, którego Robert ma zastąpić. Oczywiście, oddał miejsce w drużynie koledze i dlatego czterech muszkieterów stało na podium mocno uśmiechniętych. Ot, trzeba podejmować trudne decyzje...

Sygnał ostrzegawczy
Postawny, wysportowany, a jednak otrzymał poważny sygnał ostrzegawczy... W ubiegłym roku podczas jazdy rowerem po Jurze Krakowsko-Częstochowskiej doznał rozległego zawału. Szczęście w nieszczęściu, bo wypadek miał miejsce niewiele kilometrów pod Częstochową. Szybka reanimacja, leczenie, rehabilitacja...
- I proszę mnie jeszcze nie skreślać, bo jeszcze zamierzam coś zrobić pożytecznego - śmieje się trener wicemistrzów olimpijskich. A po chwili dodaje. - To wszystko pokłosie mojej pracy, bo zawsze tłumiłem swoje emocje, by nie wywoływać dodatkowego stresu u zawodników. Gdy zrezygnowałem z pracy z kadrą, nagle powstała pustka i... stało się. Dobrze się czuję, lubię przyjść na planszę i poprowadzić lekcję...
A na razie przed Markiem Julczewskiem pobyt w sanatorium...

Komentarze (4)

Napisz komentarz
No photo
No photo~Fan SzermierkiUżytkownik anonimowy
~Fan Szermierki :
No photo~Fan SzermierkiUżytkownik anonimowy
Czegoś tu brakuje...
Warto wspomnieć o Krzysztofie Mikołajczaku, który już kilka lat przed Pekinem był filarem drużyny szpadzistów i w ogromnym stopniu przyczynił się do kwalifikacji na IO w Pekinie 2008, jednak został pominięty i nie pojechał... Rok po Olimpiadzie w 2009 szpadziści zdobyli brąz na MŚ w drużynie z Krzysztofem w składzie. Wspomniany w artykule drużynowy medal z ME 2004, 2005 należy również do m.in. Krzysztofa. Zgadnijcie, kto walczył i zdobył medal w drużynie na ME w 2006 i w 2007 - Krzysztof ...

https://pl.wikipedia.org

Czekam na Sagę o Krzysztofie Mikołajczaku.
5 cze 16:55
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~MaciekUżytkownik anonimowy
~Maciek :
No photo~MaciekUżytkownik anonimowy
dużo zdrowia Mareczku i nie przejmuj się tak wszystkim pozdrawiam Cię serdecznie stary kumpel z GKS-u Maciej
5 cze 09:37
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
No photo
No photo~J.a.Użytkownik anonimowy
~J.a.
No photo~J.a.Użytkownik anonimowy
do ~Przyjaciel z "Kolejarza".:
No photo~Przyjaciel z "Kolejarza".Użytkownik anonimowy
4 cze 10:25 użytkownik ~Przyjaciel z "Kolejarza". napisał
Znam Marka od dwudziestu lat tzn. od 1997 roku kiedy byliśmy razem na Teneryfie na Mistrzostwach Świata Juniorów i Kadetów w Szermierce. Marek jest wspaniałym człowiekiem, znakomitym trenerem i kolegą. W ciagu całej kariery zawodniczo -trenerskiej przeżył
Zgadzam się z przyjacielem z Kolejarza, a wspólne wspaniałe wieczory na Teneryfie spędzone w wyśmienitym i doborowym towarzystwie wspominam z radością do dziś. Trzymajcie się Panowie !!! :)
4 cze 13:13
Liczba głosów:0
0%
0%
Link do tego komentarza:
Z tej samej kategorii