Niepotrzebne zagrożenie

Rafał Sonik, który wycofał się z Dakaru w powodu złamanej nogi, operację przejdzie w Polsce.

Konferencja prasowa przed MS SuperEnduro 2017 w Krakowie i Rajdem Dakar 2018
 fot. Krzysztof Porębski  /  źródło: Pressfocus

Na piątym etapie Polak wpadł w dziurę na wydmie. Quad wbił się w piasek, a ogromne obciążenie przyjął organizm Sonika, głównie lewa noga. Krakowianin pozbierał się i postanowił jechać dalej. A przed nim było jeszcze 35 km odcinka specjalnego i aż 470 km dojazdówki, by ukończyć etap.
- Ból był ogromny. Wywoływał go każdy ruch. Nie byłem w stanie nawet przesunąć stopy, nie mówiąc już o tym, by wstać i przenieść na nią ciężar. Na dojazdówce zmieniałem biegi ręką, więc domyślałem się, że niestety nie jest to tylko mocniejsze stłuczenie, choć na początku miałem taką nadzieję - przyznał quadowiec.
Jak się okazało Sonik ma dwie pęknięte kości podudzia w lewej nodze. Tej samej, z którą miał problemy podczas zeszłorocznego Pucharu Świata. - Już kilka razy w trakcie kariery prosto z rajdu trafiałem do szpitala. Wcześniej dotyczyło to zawsze rąk, a teraz nogi, co wydaje się nieco poważniejsze. Nie jest to przyjemne, ale wiem, jak sobie radzić - podkreśla Sonik. - To ta sama noga, ale wtedy uraz dotyczył kolana. Pewnie jednak było wciąż osłabione i dlatego nie wytrzymało kompresji po uderzeniu.
Po sześciu etapach (z 14) wycofało się 87 załóg z 337, które wystartowały. - Po raz pierwszy w historii samochody i ciężarówki pokonywały odcinki specjalne przed motocyklami i quadami. Pustynia po ich przejeździe wygląda jak po ostrzale artylerii, była rozorana koleinami, piasek był sypki i grząski. To tworzyło wiele potencjalnie niebezpiecznych sytuacji - uważa Sonik. - Miałem pecha, że znalazłem się w jednej z nich.
51-letni zawodnik podkreśla, że organizatorzy Dakaru niepotrzebnie próbują jeszcze utrudnić i tak już wymagający rajd. Twierdzi, że w tzw. roadbooku, czyli mapie, na której jest zaznaczona trasa, punkty orientacyjne i ostrzeżenia o niebezpiecznych miejscach, jest za mało informacji. Podaje przykład swojego rywala Gastona Gonzaleza, który wpadł w olbrzymi uskok, złamał ramię i obojczyk. - Ta dziura nie była oznaczona w roadbooku. Nie mam pojęcia dlaczego, bo przecież organizatorzy musieli ją widzieć, kiedy przejeżdżali trasę dzień wcześniej. Brak takich informacji naraża nas na niebezpieczeństwo - podkreśla Sonik. Polak na razie nie myśli o Dakarze w 2019 roku. Najpierw liczy, że po operacji i rehabilitacji uda mu się szybko wrócić do zdrowia. Jedno jest pewne: - Wrócę na quada i będę planował kolejne starty - zapowiada.
W rywalizacji quadów dalej ściga się drugi z Polaków - Kamil Wiśniewski. W klasyfikacji generalnej jest 21. W piątek był dzień przerwy, więc zawodnicy mogli trochę odpocząć.
Coraz wyżej w klasyfikacji generalnej samochodów jest jedyny polski kierowca - Jakub Przygoński. Na szóstym etapie był 10., ale w klasyfikacji generalnej awansował na 6. pozycję. - Gdyby udało mu się ukończyć Dakar w czołowej piątce, byłby to ogromny sukces - mówił Krzysztof Hołowczyc, który w 2015 roku był trzeci w tym rajdzie. Przygoński ostrożnie podchodzi do efektu końcowego. Dla niego liczy się tylko najbliższy etap, bo jak się przekonał z Dakaru w tym roku może odpaść każdy. W trakcie szóstego etapu uczestnicy opuścili Peru i wjechali do Boliwii. Tu muszą przestawić się z upałów na deszcz, śnieg, chłód i duże wysokości. Przez kolejne 4 dni oesy będą na wysokości ponad 3 tys. m n.p.m. W czwartek wspięli się nawet 1700 m wyżej.
- Znaczna wysokość wpływa także na moc samochodu i nasze samopoczucie. Mamy kolejny awans w klasyfikacji generalnej, jest więc coraz lepiej - cieszy się Przygoński. - Teraz czas na odpoczynek i upragniony dzień przerwy, na który zapracowaliśmy przez ostatni tydzień.

 

Z tej samej kategorii