Najlepsza polska sztangistka: Nie będę dmuchać w balon

Mam satysfakcję, że po 9 latach znów jestem na liście rekordzistek Polski, choć do Zamościa nie jechałam po rekordy - mówi Joanna Łochowska, mistrzyni Europy w kategorii 53 kg, szykująca się do czempionatu globu w Stanach Zjednoczonych.

Joanna Łochowska
 źródło: Facebook

MAREK HAJKOWSKI: W Spale szlifuje pani formę do MŚ, które na przełomie listopada i grudnia odbędą się w Anaheim. Treningi przerwała pani „wyskokami” na zawody; przed miesiącem do Ciechanowa na indywidualny Puchar Polski, a w zeszły weekend do Zamościa na mistrzostwa kraju, z obu wracając z tarczą. To chyba jeden z pani bardziej udanych sezonów?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Rzeczywiście. Patrząc na dotychczasowe rezultaty, jest się z czego cieszyć. Jestem bardzo zadowolona i mam motywację do dalszej pracy oraz pobijania kolejnych rekordów życiowych. Robię to, co lubię, staram się najlepiej jak potrafię i cieszę się, że przynosi to owoce w postaci zwycięstw. Mam jednak świadomość, że najważniejsza tegoroczna impreza dopiero przede mną i tylko na niej się koncentruję.

 

192 kg na zwycięskich mistrzostwach Europy w Splicie, 195 kg na wspomnianym Pucharze Polski, 199 kg na mistrzostwach kraju... Każdy tegoroczny występ okrasza pani lepszym rezultatem.

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Progres faktycznie jest zauważalny. W osiąganiu wyników wiek nie przeszkadza (17 listopada Łochowska skończy 29 lat - przyp. red.), choć są tacy, którzy twierdzą, że z upływem lat spada siła. Poprawiając wyniki, łamię więc pewnego rodzaju stereotypy, ale nie te niezakorzenione we mnie, tylko w opiniach wewnętrznych.

 

Lat przybywa, ale waga stoi...

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Długo startowałam w kategorii 53 kg, potem przeszłam do 58 kg, ale na początku tego roku masa ciała naturalnie mi się obniżyła i znów walczę w 53 kg. Nie mam problemów z utrzymaniem masy, ale musiałam zmienić trening, wprowadzając elementy crossfitu (trening siłowy i kondycyjny, który opiera się na wzroście dziesięciu najważniejszych zdolności siłowych - przyp. red.), który przyśpiesza metabolizm. Ważna była też dieta. W moim przypadku nie jest ona rygorystyczna, bo bardzo lubię różnego rodzaju słodkości, ale wszystko musi mieć swój umiar, by za bardzo nie przytyć. Nie mam jednak złotego środka na utrzymanie wagi.

 

A jaki miała pani cel na mistrzostwa Polski?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - To był jeden z ostatnich sprawdzianów przed mistrzostwami świata, a że nadarzyła się okazja do ustanowienia rekordu kraju w rwaniu, to postanowiłam ją wykorzystać. Żałuję trochę, iż 89 kg zaliczyłam dopiero za drugim razem, ale liczy się efekt końcowy. Mam satysfakcję, że po 9 latach znów jestem na liście rekordzistek Polski, choć do Zamościa nie jechałam po rekordy. Chciałam się przekonać, na co mnie stać, skupiając się na każdym podejściu. Wyszło bardzo fajnie - rekord życiowy w dwuboju, rekord Polski w rwaniu, najlepszy tegoroczny wynik, złoty medal, ale - jak wspomniałam - był to jeden z elementów przygotowań do MŚ. Pracuję więc dalej.

 

199 kg to światowy wynik.

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Czy ja wiem... Wydaje mi się, że Azjatki będą w stanie uzyskać więcej. W tej kategorii są bowiem poza zasięgiem Europejek. Trzeba mieć tego świadomość i nie ma co dmuchać w balon. Wiem jednak, że jestem w dobrej dyspozycji. Przede mną jeszcze trzy tygodnie mocnego treningu i mam nadzieję, że uda mi się jeszcze gdzieś znaleźć te kilogramowe cegiełki.

 

Mistrzostwa świata rządzą się jednak swoimi prawami.

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Zgadza się. Na takich zawodach poziom jest bardzo wysoki i wyrównany. Najważniejszą rzeczą jest skuteczność, a pomost wszystko zweryfikuje. Po opublikowaniu list startowych zwykle nie brakuje spekulacji, ale ja wolę się wyciszyć i robić swoje, czyli trenować na sto procent, by mieć świadomość, że dałam z siebie wszystko, a w dniu startu najlepiej to wykorzystać.

 

Myśli pani o konkretnej lokacie?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Nie, choć zakładam poprawić „życiówki”. Jeżeli się uda, to mogę zająć wysokie miejsce. Nie śledzę poczynań rywalek, ich postępów. Skupiam się na pokonaniu swoich możliwości, bo właśnie na tym polega podnoszenie ciężarów.

 

Wspomniała pani, że w kategorii 53 kg królują Azjatki, ale przecież Chiny czy Kazachstan zostały zawieszone na rok...

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Zgadza się, jednak Azja to nie tylko te dwa państwa. Są jeszcze Tajpej czy Tajlandia... Po wykluczeniu 9 federacji sporo osób stwierdziło, że tegoroczne MŚ będę lekkie, ale ja tak nie uważam. W mojej kategorii zabraknie najwyżej trzech zawodniczek z Chin i Kazachstanu, więc poziom będzie wysoki, a walka wyrównana. Pewne jest jedno - trzeba będzie dać z siebie wszystko.

 

Jak u pani ze zdrowiem?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Na tę chwilę wszystko jest w porządku, ale ciężary to dyscyplina na pograniczu. Ta granica jest bardzo cienka i tak naprawdę każdego dnia się balansuje. Po kwietniowych ME doznałam uraz pachwiny. Przez 3 miesiące dochodziłam do siebie, nie trenowałam. Przeszłam rehabilitację i na szczęście udało mi się wrócić do pełnej sprawności.

 

Myśli pani już o igrzyskach olimpijskich w Tokio?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Aż tak dalekosiężnych planów nie mam. Do 2020 roku zostało mnóstwo czasu. Życia się nie da przewidzieć, a co dopiero sportu. Robię swoje, jest we mnie sporo chęci i ambicji, więc skupiam się na mniejszych, bliższych celach.

 

Jak się pani współpracuje z trenerem Antonim Czerniakiem?

JOANNA ŁOCHOWSKA: - Dobrze. Dogadujemy się we wszystkim, potrafimy znaleźć wspólny mianownik. Zresztą pracowaliśmy już, gdy był szkoleniowcem kadry juniorów. Pod jego kierunkiem zdobyłam wicemistrzostwo świata i Europy. Zdążył mnie więc trochę poznać... Wie, kiedy mogę mocniej potrenować, a kiedy muszę odpuścić. Potrafi do mnie dotrzeć. Podnoszenie ciężarów bazuje na bardzo dużej świadomości poczucia własnego ciała i dyspozycyjności, ale pomoc z zewnątrz, fachowa interwencja trenera, są wskazane, by za daleko się nie zagalopować...

Z tej samej kategorii