Ewa Nelip: sezon jak trampolina!

Ewa Nelip z medalem
 źródło: Materiały prasowe

Dwa medale na jednej imprezie rangi mistrzowskiej? W rodzimej szermierce już dawno tego nie było. To dzieło wychowanki Pałacu Młodzieży Katowice. Nie tak dawno osiągnęła największy sportowy sukces, zdobywając w Lipsku wicemistrzostwo świata w turnieju indywidualnym szpadzistek oraz brązowy medal z koleżankami w drużynie. A mówi się, że przed katowiczanką Ewa Nelip kariera stoi dopiero otworem.

W sportowej rodzinie obowiązują zupełnie inne standardy niż w tej „zwyczajnej” - bardziej rygorystyczne. - Chcesz zająć się sportem, musisz być prymuską w szkole - powtarzała do znudzenia mama Grażyna, była siatkarka Kolejarza Katowice. Tato Paweł, były kolarz, motywował, ale po wywiadówkach wracał dumny, bo córka była w prymuską. Sportową edukacją zajęła się Ludmiła Zaczek, trenerka Pałacu Młodzieży, która od samego początku aż do matury wierzyła w możliwości swojej podopiecznej, nie tylko sportowe. Efekty? Po liceum ogólnokształcącym im. M. Kopernika z wykładowym językiem francuskim kontynuowała naukę na katolickim uniwersytecie Notre Dame w USA, w stanie Indiana, i jest dyplomowaną księgową. A kilkanaście dni temu osiągnęła największy sportowy sukces, zdobywając w Lipsku wicemistrzostwo świata w turnieju indywidualnym szpadzistek oraz brązowy medal z koleżankami w drużynie. A mówi się, że przed katowiczanką Ewa Nelip kariera stoi dopiero otworem.

Dobry wybór
- To prawda, że należałam solidnych uczennic w szkole średniej, ale studia w Notre Dame ukończyłam dopiero po 6 latach - wspomina edukację liderka naszej szermierczej ekipy. - Wszystko dlatego, że za wszelką cenę chciałam wystąpić w igrzyskach olimpijskich w Londynie. Przerwałam naukę, ale ostatecznie nie zdołałam się zakwalifikować na tę imprezę. Licencjat robiłam z finansów, zaś magistra z księgowości. Nie tak dawno próbowałam pracować w jednej z firm prywatnych, jednak po roku intensywnej pracy zawodowej, mając w perspektywie przygotowania do tegorocznych mistrzostw Europy i mistrzostw świata, zrezygnowałam z niej. To było zanadto intensywne życie, po prostu trudno było połączyć ścieżkę zawodową i sportową. Pomyślałam: wóz albo przewóz, musiałam wszystko postawić na jedną kartę. Patrząc z perspektywy czasu, dokonałam właściwego wyboru, bo przecież sięgnęłam po medale mistrzostw świata. I może to jest zapowiedź lepszych czasów.

Komplikacje zdrowotne
Po zdobyciu wicemistrzostwa świata do lat 20, mistrzostwa Europy do lat 23 oraz mistrzostwa Uniwersjady w Belgradzie (2009) realne stały się wizje kolejnych sukcesów. Tyle że studia w Notre Dame trudne były do pogodzenia z podróżami do Europy na zawody Pucharu Świata, a na dodatek miała jeszcze obowiązki sportowe w USA. Zgodnie z obowiązującym regulaminem, musiała walczyć w zawodach uniwersyteckich. Początkowo w USA trenowała pod kierunkiem Marka Stępnia, olimpijczyka z Barcelony, a później Francuza Cedrika Loiseau. Obaj młodzi i pełni entuzjazmu przekazali szpadzistce co najlepsze.
- Pewnie moja kariera potoczyłaby się inaczej, gdyby nie komplikację zdrowotne - kontynuuje wicemistrzyni świata. - W pogoni za nominacją olimpijską do Londynu zdecydowałam się na leczenie prewencyjne kontuzjowanego barku, ale, jak się później okazało, lekarze oraz fizjoterapeuci stwierdzili, że operacja jest niezbędna. To wiązało się z półroczną przerwą w treningach oraz mozolną rehabilitacją. Wróciłam, ale tylko na chwilę, bo pod koniec 2014 roku zerwałam więzadła krzyżowe w prawym kolanie. Było ono niestabilne, ale tę operację odkładałam, bo myślałam, że będę mogła walczyć. Wystąpiłam w Igrzyskach Europejskich w Baku (7. miejsce - przyp. red.) oraz igrzyskach wojskowych w Korei (3. lokata - przyp. red.). Jednak w sporcie wyczynowym z niestabilnym kolanem trudno funkcjonować i trzeba było zdecydować się na kolejną operację. Tym razem ją przeprowadzoną w Carolina Medical Center w Warszawie. Po niej rozpoczęła żmudna 8-miesięczna rehabilitacja. Spotkałam tam wiele życzliwych osób, które mnie mocno wspierały i za to jestem im bardzo wdzięczna.

Podium Pucharu Świata
Gdy Ewa Nelip studiowała w USA, reprezentowała stołeczny AZS AWF i była pod opieką trenera Mariusza Kosmana. Ale już po powrocie zastanawiała się nad zmianami. Teraz reprezentuje UKS Żoliborz Warszawa i jest w nim jedyną szpadzistką, bo klub zajmuje się pięciobojem nowoczesnym.
- Swego czasu moja pierwsza trenerka Ludmiła Zaczek przekonywała mnie, że trzeba dokonywać trudnych, ale właściwych wyborów - uśmiecha się podwójna medalistka MŚ w Lipsku. Nie kto inny, ale właśnie ona była jedną z głównych orędowniczek wyjazdu do USA oraz zmiany otoczenia. Ale też gwarancją postępu są ciągłe poszukiwania i dążenie do zmian. Tak oto trafiłam do klubu z Żoliborza, bo w nim pracuje Robert Andrzejuk wicemistrz olimpijski w drużynie z Pekinu oraz mąż mojej przyjaciółki, Danki Dmowskiej, mistrzyni świata sprzed 12 lat z... Lipska. Współpracę z Robertem zaczęliśmy w październiku ub. roku i... zaliczam najlepszy sezon w karierze. Byłam trzy razy na podium Pucharu Świata (dwa razy w Dausze w grudniu 2016) oraz w maju w Rio. Właśnie dzięki temu miała wysokie, 15. miejsce w światowym rankingu i była zwolniona z eliminacji grupowych w Lipsku.

Szczęśliwa „13”
- Po występach pucharowych wiedziałam, że to może być sezon marzeń - mocno podkreśla Ewa. - Mocno liczyłam już na medal w mistrzostwach Europy w Tbilisi, ale przed wyjazdem, podczas zgrupowania w Szczyrku, zachorowałam na anginę, brałam antybiotyki, a w konsekwencji moja odporność i wydolność spadły. Przegrałam z Niemką Aleksandrą Ndolo 11:15, która później wywalczyła srebro. Zajęłam 5. lokatę i niby byłam w czołówce, ale przecież to jednak nie podium. Do Lipska jechałam z mocną wiarą w swoją wartość i z przekonaniem, że trzeba walczyć do upadłego.
Nelip w turnieju miała nr 13, bo jedna ze szpadzistek nie przyjechała. Ta „13” doprowadziła ją do finału...
- Kluczową potyczkę stoczyłam w 1/8 finału. Trafiłam na 2-krotną mistrzynię świata oraz wicemistrzynię olimpijską z Rio, Włoszkę Rosellę Fiamingo - kontynuuje Ewa. - Przed wyjściem na planszę powiedziałam sobie, że to żaden wstyd przegrać z taką rywalką i że nie mam nic do stracenia. W regulaminowym czasie był remis 12:12, a o wszystkim zadecydowało jedno trafienie na 6 sek. przed końcem, które zadałam ja. Musiałam ryzykować, ale to był także efekt mojej przewagi fizycznej. Poczułam ulgę, zmęczenie, ale natychmiast pomyślałam, że to jeszcze nie wszystko. Następna rywalka, Francuzka Laura Rembi, czwarta szpadzistka igrzysk w Rio, w ćwierćfinale nie wiele mogła zdziałać, bo moja dominacja była wyraźna (15:5). A potem trafiłam na Ukrainkę Ołenę Krywycką, moją dobrą koleżankę. W Spale, w trakcie wspólnych treningów z Ukrainkami, miałam okazję się z nią potykać. Znałyśmy się więc dobrze, ale trener kadry Bartłomiej Język opracował odpowiednią strategię, dzięki czemu wygrałam do 10. No ale już w finale, przeciwko Rosjance Tatianie Gudkowej, nie dałam rady. Potem w drużynie jej się zrewanżowałam.

Lubią brąz
Po turnieju indywidualnym nie było czasu na świętowanie, bo dwa dni później był turniej drużynowy.
- Nie miałam więc czasu ani na świętowania, ani na leniuchowanie - śmieje się nasza bohaterka. - Musiałam solidnie odpocząć, zregenerować siły, bo mocno wierzyłam w medal. Ale droga do niego była dość daleka (Polki startowały z nr. 11). Na rozgrzewkę miałyśmy Finki (45:18), później trzeba było się napocić z wyżej sklasyfikowanymi Ukrainkami. Wygrana (37:31) sprawiła, że byłyśmy w „8”, gdzie stanęłyśmy naprzeciwko Rosjanek, brązowych medalistek igrzysk w Rio, z dobrze znaną Gudkową oraz liderką światowych list Wiolettą Kołobową. Z pierwszą wygrałam z 5:0, z drugą 10:8. Ale wszystkie moje koleżanki wzniosły się na wyżyny swoich umiejętności. Zaprocentowała rzetelne przygotowanie do tego występu. W meczu półfinałowym, z Estonkami, nie było żadnych złudzeń i żalu. Rywalki od początku dominowały i ich przewaga była wyraźna. Na razie są od nas lepsze, ale wiemy, do jakiego poziomu mamy dążyć. Brąz zdobyłyśmy po wygranej z Koreankami, bo walczyłyśmy równo i z determinacją. Byłyśmy dobrze zmotywowane.

Krótki urlop
Te medale - Nelip i drużyny szpadzistek - mogą być trampoliną dla naszej szermierki, sportu niemal zapomnianego, acz w przeszłości dostarczającego nam wielu radości i wzruszeń. Ale w życiu zawodniczek niewiele się zmieni. Po spotkaniu z ministrem sportu, Witoldem Bańką, mają nadzieję na lepszą opiekę medyczną i fizjoterapeutę przydzielonego do kadry szpadzistek. Tyle, bo przecież wielkich profitów ze swoich sukcesów nie będą miały.
Wicemistrzyni świata, wraz z narzeczonym Karolem, byłym szablistą z Sosnowca, wybrała się na krótki, 10-dniowy urlop do Anglii. A już w drugiej połowie sierpnia rozpoczną się przygotowania do nowego sezonu.
- Szermierze to twardzi ludzie. Gdyby patrzyli na swoją dyscyplinę przez pryzmat dochodów, już dawno rzuciliby klingi w kąt - dodaje z uśmiechem Ewa. - Kochamy to, co robimy i po krótkich przerwach z ochotą przychodzimy na zajęcia. Te medale to również miła perspektywa i impuls do pracy przed igrzyskami w Tokio. Nadal przecież jestem młodą szpadzistką (28 lat - przyp.red.), a i drużyna ma odpowiednią wartość.
Prywatnie wicemistrzyni świata lubi kino i książki. Co oczywiste, wolny czas lubi spędzać w towarzystwie narzeczonego. - Przyszły rok będzie obfitował w wiele wydarzeń sportowych, ale również planujemy ślub. Będzie weselisko i będzie się działo... – mówi na pożegnanie Ewa.

Więcej na temat:Ewa Nelip
Z tej samej kategorii