Przygoński godzinę od podium

Jedyny polski kierowca samochodu coraz bliżej czołowej trójki. Na sobotnim etapie był czwarty - to najwyższe miejsce Polaka w tym roku.

s
 źródło: własne

Przed weekendowymi etapami maratońskimi zawodnicy mieli dzień przerwy. To podwójnie wytężony dzień dla mechaników, którzy w trakcie rajdu i tak mają pełne ręce roboty. Pojazdy są gruntownie sprawdzane, właściwie rozłożone na czynniki pierwsze, wyeksploatowane części są zastępowane nowymi, by zminimalizować ryzyko awarii.
- Wymieniliśmy cały tylny napęd, czyli półosie, wahacze. Zrobiliśmy to zapobiegawczo. Ja starałem się jak najwięcej ubrań na zmianę upchnąć w quadzie, bo nie zobaczę się z teamem z soboty na niedzielę - mówił [Kamil Wiśniewski], który po wycofaniu się Rafała Sonik został jedynym Polakiem w kategorii quadów.
Miniony weekend był najbardziej wymagającym testem dla uczestników Dakaru. Nie dość, że wjechali w wysokie góry - najwyżej byli na 4700 m n.p.m., to mogli liczyć tylko na siebie. Organizatorzy zaplanowali bowiem etapy maratońskie. A to oznacza, że po zakończeniu sobotniego etapu, na mecie nie było serwisu i całego teamu, by im pomóc. Ewentualne usterki czy musieli usunąć sami.
Jakub Przygoński nie jedzie najszybciej spośród faworytów, ale dopisuje mu szczęście. Jako jedyny z czołówki nie miał jeszcze poważnego problemu na trasie.
- Cały czas tempo mamy dobre, ale przytrafiają nam się drobne potknięcie, które nas spowalniają. A to się zakopiemy, a to złapiemy gumę czy popełnimy błąd nawigacyjny. Wielu zawodników miało podobne problemy, ale niektórzy nie wyszli z nich cało. Nam się to udało i jak na razie jesteśmy na wyśmienitej pozycji. Oby w drugiej części rajdu uniknąć tych drobnych błędów - podkreśla kierowca Orlen Teamu.
W sobotę był czwarty, czyli najwyżej w tegorocznym Dakarze spośród Polaków. Dzięki temu w klasyfikacji generalnej wskoczył na szóste miejsce. Do podium traci około godziny. Teoretycznie to sporo, bo różnice między kierowcami czołówki na odcinkach specjalnych są kilku, ewentualnie kilkunastominutowe. Ale to jest Dakar i w jednej chwili można stracić szansę na wygraną czy nawet ukończenie zawodów. Przekonał się o tym w sobotę lider Stephane Peterhansel. Z powodu awarii samochodu stracił półtorej godziny, a gdyby nie pomoc kolegi z teamu Cyrila Despresa mógłby się już pakować. W klasyfikacji generalnej spadł na trzecią pozycję.
Przygoński był zadowolony z czwartego miejsca. - W sobotę poszło nam bardzo dobrze. Próba dość trudna ze względu na dużą ilość wody i kałuż, na których musieliśmy bardzo uważać. Później pokonywaliśmy wydmy na wysokości 3000 m, które były wymagające dla silnika. Musieliśmy jechać na pierwszym biegu, co nie często się zdarza. Sami serwisowaliśmy nasze Mini, ale tak naprawdę poza wymianą opon nie musieliśmy nic robić – przyznał Przygoński.
W niedzielę pojechał niewiele słabiej. Na początku oesu był 10, ale z każdym kolejnym punktem kontrolnym odrabiał straty. W efekcie skończył na siódmym i utrzymał szóste miejsce w klasyfikacji generalnej. Prowadzi Carlos Sainz.
Do kraju wrócił już Sonik i w najbliższych dniach przejdzie operację pękniętych kości podudzia. Wiśniewski, który korzystał ze wsparcia teamu krakowianina, przyznaje, że Dakar nie będzie już taki sam. - Nie ma Rafała, który zawsze pytał jak mi poszło. Wspólnie analizowaliśmy przejechany etap i myśleliśmy o kolejnym. Na szczęście został team Rafała, który mnie mocno wspiera - podkreśla Wiśniewski. - Rafałowi życzę zdrowia i mam nadzieję, że wkrótce spotkamy się na jakimś rajdzie i znów pojedziemy razem.

 

Z tej samej kategorii