Mimo przegranej, jeszcze jest szansa

Silnie obsadzony turniej EIHC biało-czerwoni zaczęli od porażki z gospodarzami, ale nie wszystko zostało stracone.

Krystian Dziubiński
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

Węgierscy działacze z wielką pompą zorganizowali w Budapeszcie Euro Ice Hockey Challenge z udziałem 6 drużyn. Ba, Węgrzy na trzy dni przed imprezą grali z Team Canada (złożonym z zawodników KHL i DEL) i przegrali 1:5. Biało-czerwonym na inaugurację przyszło grać właśnie z gospodarzami.
Jacek Płachta, selekcjoner reprezentacji, w porównaniu z mistrzostwami świata w Katowicach i z finałem turnieju przedolimpijskiego w Mińsku dokonał dość istotnych przetasowań. Na dobrą sprawę jedynie pierwszy atak został nietknięty. Środkowy napastnik II formacji Grzegorz Pasiut miał do współpracy nowych skrzydłowych Filipa Drzewieckiego oraz debiutującego w reprezentacji Kanadyjczyka, starającego się o polskie obywatelstwo, Aleksa Szczechurę.
Obawialiśmy się o nowe ustawienie, bo przecież czasu na zgrywanie piątek nie było dużo. A tymczasem spotkała nas miła niespodzianka, bowiem biało-czerwoni prezentowali konskwentną grę i wcale nie zamierzali oddać pola rywalom.
W pierwszej, bezbramkowej, tercji nasi hokeiści mieli dwie okazje do zmiany rezultatu, ale Grzegorz Pasiut oraz Marcin Kolusz nie potrafili pokonać Miklosza Rajny. Jednak druga odsłona była znacznie ciekawsza, bo zarówno jedni, jak i drudzy nie kalkulowali i szukali swoich szans. Oba gole padły zaledwie w ciągu 20 sek. Najpierw Rafała Radziszewskiego zaskoczył Brance Orban, zaś w rewanżu Krystian Dziubiński uderzył z bekhendu i zasłonięty Rajna przepuścił krążek między parkanami. W 32 min karę 5 minut oraz karę meczu otrzymał Krzysztof Zapała i polska drużyna znalazła się w poważnymi kłopocie. Niemniej grała rozważnie i choć gospodarze mocno zmęczyli „Radzika” to wyszliśmy z tego obronną ręką. Ba, w 33 min Dziubiński i Aron Chmielewski mieli okazję, lecz Rajna w ostatniej chwili wyjaśnił arcytrudną sytuację. Pod koniec tercji graliśmy w podwójnej przewadze przez 2 min, ale tej okazji nie wykorzystaliśmy, bo graliśmy zbyt statycznie w tercji i oddawaliśmy zbyt mało strzałów.
Kiedy gospodarze już byli w komplecie, uporządkowali grę i raz po raz nękali naszego bramkarza. W końcu Istvan Sofron zdołał wymanewrować obrońców, położył Radziszewskiego i nad nim posłał krążek do siatki. Od tego momentu uwidoczniła się przewaga gospodarzy, którzy stworzyli kilka groźnych sytuacji. Polacy w końcowych fragmentach wycofali dwa razy bramkarza, wzięli czas, ale wynik pozostał bez zmian.

 

WĘGRY - POLSKA 2:1 (0:0, 1:1, 1:0)
1:0 - B. Orban - A. Orban - Hari (29:36), 1:1 - Dziubiński (29:56), 2:1 - I. Sofron - Sarauer (44:22)


Sędziowali: Gergely Kincses i Juhasz Gabor - David Vaczi i Akos Berger (wszyscy Węgry). Widzów 2500.
WĘGRY: Rajna; Sziranyi - Pozsgai (2), Wehers - Szabo, A. Orban - Sagert, B. Z Kovacs; C. Kovacs - G. Nagy - K. Nagy, Sofron (2) - Vas - Csanyi, Magosi (4) - Sarauer - Hari, B. Orban, Bodo. Trener Diego SCANDELA.
POLSKA: Radziszewski; Kruczek - Rompkowski (2), Pociecha - Bryk (2), Bychawski - Ciura, Wajda (2) - Wanacki; Malasiński - Zapała (5+20) - Kolusz, Drzewiecki - Pasiut - Szczechura, Kapica - Galant - Urbanowicz, Wronka. Trener Jacek PŁACHTA.
KARY: Węgry - 8 min, Polska - 31 min.

 

Z tej samej kategorii