Szczypta optymizmu po występach w Budapeszcie

Polska - Korea
 fot. Rafał Rusek  /  źródło: Pressfocus

Przed biało-czerwonymi kolejne sprawdziany i dalsza możliwość poznania filozofii trenera Teda Nolana oraz jego współpracowników. W najważniejszym spotkaniu nie dała najmniejszych szans gospodarzom i pewnie wygrała 4:1. Ten rezultat otworzył naszej drużynie drogę do pierwszego miejsca.

Reprezentacja Polski, pod kierunkiem Teda Nolana, odniosła prestiżowe zwycięstwo w turnieju Europ Ice Hockey Challenge w Budapeszcie. W najważniejszym spotkaniu nie dała najmniejszych szans gospodarzom i pewnie wygrała 4:1. Ten rezultat otworzył naszej drużynie drogę do 1. miejsca. Z Japonią wcale nie było łatwo, choć to rywal teoretycznie najsłabszy. Wielka szkoda, że na zakończenie przegraliśmy z Włochami 3:4, choć od połowy spotkania rywale nie mieli nic do powiedzenia...

 

Pressing na całej tafli
Przemysław Odrobny do niedawna występował w Milton Keynes Lightning, ale nie był zadowolony z ilości minut na spędzonych na lodzie i zdecydował się na podpisanie kontraktu z Podhalem Nowy Targ. We wrześniowej, towarzyskiej potyczce z Madziarami (1:5) nie grał, ale w inauguracyjnym meczu EIHC wystąpił bez przeszkód i zebrał pochlebne recenzje, dokładając cegiełkę do cennego zwycięstwa. - Doskonale zdawaliśmy sobie sprawę, że Węgrzy będą dla nas najtrudniejszą przeszkodą. Byliśmy jednak maksymalnie skoncentrowani i mieliśmy zaprezentować pressing na całej tafli - mówi „Wiedźmin”, który zaliczył już 81. występ w reprezentacji. - To spotkanie mógłbym porównać do tego z eliminacji przedolimpijskich (wygraliśmy 1:0 po rzutach karnych - przyp.red.), bo i tym razem udało mi się obronić dwa trudne strzały. To jeszcze bardziej nas zbudowało i koledzy już w trakcie gry mocno mnie wsparli. Byliśmy cały czas aktywni i każdy realizował założenia nakreślone przez trenerów. Odnieśliśmy ważną wygraną w kontekście kolejnych konfrontacji, a ponadto mamy przewagę psychologiczną przed przyszłorocznymi mistrzostwami świata.

 

Uszczuplony skład
Tamta nieszczęsna porażka z września poszła w zapomnienie, ale też trzeba przyznać, że w kadrze zaszły spore zmiany personalne, które zaowocowały dobrą grą. Dobrze się stało, że reprezentacja wyjechała do Budapesztu w 25-osobowym składzie, ale i tak okazało się, że zawodników było za mało. Kontuzje sprawiły, że w meczu z Włochami nie mogliśmy skorzystać z czterech pełnych formacji. - Gdy gra się trzy spotkania z rzędu, trzeba się liczyć z nieprzewidzianymi wydarzeniami - wyjaśnia Przemysław Odrobny. - Z powodu urazów mieliśmy uszczuplony skład i stąd obowiązywała inna, nieco zachowawcza taktyka. Trochę pokpiliśmy sprawę, bo przy wyniku 1:4 trudno odrabiać straty. A jednak od tego stanu, nie mając nic do stracenia, chłopaki ruszyli zdecydowanie do przodu i zepchnęliśmy rywala do obrony. Przy odrobinie szczęścia ten mecz mógł zakończyć się korzystnym rezultatem. Tak się nie stało, ale mamy materiał do analizy i zapewne ten występ zostanie rozłożony na detale. Śmiem twierdzić, że gdyby nie kontuzje, to pewnie tę potyczkę zapisalibyśmy po stronie plusów. Wygraliśmy jednak turniej i niech on będzie dobrym znakiem na cały tegoroczny sezon międzynarodowy.

 

Inne szkoły
Odrobny oraz jego kilku kolegów miało okazję współpracować z wieloma selekcjonerami. Z trenerem Nolanem oraz jego współpracownikami dopiero są na początku drogi. - Unikałbym wszelkich porównań, bo przecież zaliczyłem zaledwie trzy treningi oraz mecz, a moi koledzy mieli pięć zajęć i kilka spotkań więcej - podkreśla reprezentacyjny bramkarz. - Mam za sobą pracę z rosyjskimi szkoleniowcami, którą sobie chwalę, bo przyniosła nam awans do wyższej dywizji. U Igora Zacharkina wszystkie zajęcia były prowadzone na maksa i nie było żadnej taryfy ulgowej. Taka jest jednak szkoła rosyjska. Kanadyjska jest inna i tu obowiązują inne kryteria. Gdy trzeba dołożyć obciążeń, to się dokłada. Jednak nie na wszystkich zajęciach trzeba „iść” na 100 procent. Czasami trzeba ruszyć głową, pomyśleć, wybrać „złoty środek”, który również doprowadzi do celu. Takie obowiązują prawidła w hokeju za oceanem, który z czasem będzie jeszcze bardziej zrozumiały. Nie trzeba błyszczeć przez cały mecz, bo są momenty, które sprawią, że i tak odniesiemy zwycięstwo. W finałowym turnieju przedolimpijskim z Mińsku graliśmy ze Słowenią z Anze Kopitarem w składzie (kapitan Los Angeles Kings - przyp.red.). Nie brylował, momentami jakby nie było go na lodzie, a i tak strzelił mi trzy gole, które zadecydowały o wysokiej porażce. I właśnie o to chodzi w całej tej zabawie.
W grudniu biało-czerwoni planują wyjazd do Kanady na trzy spotkania z zespołami uniwersyteckimi, zaś w lutym przyszłego roku czeka ich kolejny turniej EIHC w Katowicach. Będą to dwie kolejne okazje, by wdrażać filozofię trenera Nolana i jego współpracowników.

 

Z tej samej kategorii