Rudolf Rohaczek: W pracy potrzeba cierpliwości

Rudolf Rohaczek
 fot. Karpiński Wojciech  /  źródło: newspix.pl

Pięć złotych medali z Comarch Cracovią, trzy srebrne i pięć brązowych - to dorobek czeskiego trenera, Rudolfa Rohaczka.

Pięć złotych medali z Comarch Cracovią, trzy srebrne i pięć brązowych - to polski dorobek czeskiego trenera, Rudolfa Rohaczka. Wcześniej pracował on w KTH Krynica, Polonii Bytom oraz GKS-ie Tychy. I ma wszelkie dane, by pobić te rekordy - nie tylko klubowe - bo nie tak dawno podpisał nową umowę z Cracovią - do końca sezonu 2015/16. Rudolf Rohaczek, absolwent praskiego uniwersytetu Karola, nie przypuszczał, że jego losy zawodowe będą tak mocno związane z naszym krajem.

WŁODZIMIERZ SOWIŃSKI: Tylko patrzeć, jak zostanie pan honorowym obywatelem Krakowa, bo w klubie zebrał już pan zebrał wszystkie zaszczyty – rozpoczynamy rozmowę z czeskim szkoleniowcem.
RUDOLF ROHACZEK: Bez przesady. W mieście było, jest i będzie wiele osobistości i gdzie tam mnie porównywać się z nimi! Fakt, w klubie pracuję od lat, staram się wykonywać swoje obowiązki jak najlepiej, mam za ich sprawą wiele satysfakcji. No a skoro profesor Janusz Filipiak nadal mnie zatrudnia, wnioskuję z tego, że jest ze mnie zadowolony. Oczywiście, zawsze chciałoby się być na szczycie, ale w sporcie to praktycznie niemożliwe.


Kiedy przyjechał pan po raz pierwszy do Polski i obejmował zespół KTH Krynica, to co sobie założył?
RUDOLF ROHACZEK: Na pewno nie zakładałem, że wszystko tak się potoczy. Młody trener (wówczas 35 lat – przyp.red), głodny sukcesów, trafił na młodych absolwentów Szkoły Mistrzostwa Sportowego, również żądnych zwycięstw i... marzących o wyjazdach do zagranicznych klubów. Wielu młodych zawodników w późniejszym czasie zdobywało medale mistrzostw Polski, niektórzy próbowali swoich sił w ligach zagranicznych (Leszek Laszkiewicz – przyp.red). Gdy zaczynaliśmy wspólnie pracę, nie przypuszczaliśmy, że jako beniaminek zdobędziemy srebrny medal mistrzostw Polski. To był fajny czas dla mnie, podobnie jak - mam nadzieję - dla Damiana Słabonia, Piotra Sarnika czy Artura Ślusarczyka.

 

A jednak z Krynicą rozstał się pan w niezbyt przyjemnej atmosferze, po czym trafił do bytomskiej Polonii.
RUDOLF ROHACZEK: Z lat swojej pracy staram się pamiętać tylko sympatyczne chwile. A urazy tym bardziej nie żywię, że ostatecznie moje życie zawodowe potoczyło się nieźle. Polonia, wówczas beniaminek ekstraklasy, była dla mnie kolejnym zawodowym wyzwaniem. Mówiono o niej z przekąsem - kelnerzy, ale tworzyli ją ambitni hokeiści, półamatorzy, którzy pokazali zawodowcom miejsce w szeregu. Zdobycie brązowego medalu było dla nas wszystkich wielkim sukcesem. W kolejnym sezonie przetrwaliśmy jednak tylko kilka miesięcy, z powodów finansowych oczywiście. Potem trenowałem GKS Tychy i zdobyliśmy brązowy medal. Później, na dwa lata, wróciłem do Ostrawy, ale kiedy otrzymałem propozycję powrotu do Polski, skorzystałem z niej.

 

I pojawiła się propozycja ówczesnego beniaminka - Cracovii. Była ona mocno kusząca?
RUDOLF ROHACZEK: Profesor Filipiak przedstawił ciekawe perspektywy; to dlatego była kusząca. Miałem szczęście, że kolejny raz trafiłem na zdolnych i ambitnych zawodników. I jako beniaminek ekstraligi znów sięgnęliśmy po brąz.

 

Jakie cechy powinien mieć trener, by osiągnąć sukces?
RUDOLF ROHACZEK: Przede wszystkim musi być cierpliwy i mieć wizję zespołu - zbieżną z planami działaczy. Cierpliwy chyba jestem, bo przecież zespół się zmienia niemal co sezon i bywa, że wszystko trzeba zaczynać od nowa.


Zdobył pan z Cracovią pięć tytułów mistrzowskich. O który z nich było najtrudniej?
RUDOLF ROHACZEK: Z pięciu - dwa. Ten pierwszy, w 2006 roku, a dlatego, że wówczas klub obchodził 100-lecie powstania, więc i oczekiwania były ogromne. Chcieliśmy prezesowi oraz kibicom sprawić radość. Cracovia sięgnęła po tytuł po 57 latach! Z kolei w 2013 r. rywalizowaliśmy z Jastrzębiem i w rozgrywce finałowej prowadziliśmy 3:0. Ale jastrzębianie wyrównali, a ostatnie spotkanie graliśmy na wyjeździe. Mimo to znów sięgnęliśmy po złoto (trener dzień przed decydującą potyczką skończył 50 lat – przyp.red). Zawodnicy zaimponowali mi wówczas walecznością. A w sezonie następnym, z różnych przyczyn, znaleźliśmy poza czołową czwórką.


Jak pan znajduje polski hokej po tych 16 latach?
RUDOLF ROHACZEK: Pewnie wielu zaskoczę, ale wcale nie jest źle, jak się mówi. Duża w tym zasługa zagranicznych hokeistów, ale i rodzimi robią postępy. Pięć zespołów prezentuje dobry poziom, a rywalizacja między nimi jest ciekawa. Widać lepsze przygotowanie kondycyjne i taktyczne, trzeba w związku z tym mocno się starać, by odnosić zwycięstwa. Konkurencja jest coraz silniejsza, co widać chociażby po bramkarzach. Kiedy zaczynałem tu pracę, było może dwóch, trzech klasowych zawodników na tej pozycji, a teraz jest ich dziewięciu. Jedynym wielkim zaniedbaniem jest liga juniorów. Trzeba ją szybko odbudować, a widać, że brakuje w tej mierze cierpliwości.

 

Cracovia znów jest na szlaku sukcesów?
RUDOLF ROHACZEK: Superpuchar - pierwszy w historii klubu - zdobyliśmy we wrześniu, sukces już więc jest. To oczywiście żart. Chcemy walczyć o najwyższy stopień podium MP, ale co z tego wyjdzie, zobaczymy. Pozostałe cztery zespoły myślą o tym samym. Przed nami wyjazd do Jastrzębia i o punkty na tym gorącym terenie będzie niezwykle trudno. Ciągle walczymy o miejsce premiowane awansem do finału Pucharu Polski (trzy najlepsze zespoły awansują, czwarty gra w barażu ze Stoczniowcem – przyp.red) i przegrana mocno skomplikowałaby naszą sytuację. Jestem jednak dobrej myśli...

Z tej samej kategorii