Tyski Cristiano Ronaldo, który robi różnicę

Rozmowa z Jakubem Witeckim, napastnikiem zdobywców Pucharu Polski, GKS Tychy.

Jakub Witecki
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

Wychowanek KTH Krynica od ośmiu lat występuje w GKS-ie Tychy, zdobywając mistrzostwo Polski (2015) oraz medale srebrne (4) i brązowe (2). Do czwartkowego wieczoru miał również na koncie dwa Puchary Polski, ale po finałowym zwycięstwie tyszan nad Comarch Cracovią 6:5 cieszył się ze swojego trzeciego oraz ósmego w historii klubu.
Witecki był główną postacią turnieju finałowego - gdy pojawiał się na lodzie, drużyna zyskiwała na jakości. Z Jastrzębiem zdobył 2 gole, zaś w finale wyrównał na 3:3 i zanotował asystę przy trafieniu Radosława Galanta (na 2:3). Tyski napastnik imponował szybkością, przeglądem sytuacji oraz skutecznością. - To taki nasz Cristiano Ronaldo, który robi różnicę - mrużył oko kolega z zespołu, Filip Komorski.

 

Włodzimierz SOWIŃSKI: Czy właśnie takiego scenariusza oczekiwał pan od finałowej potyczki?
Jakub WITECKI: - Spotkały się dwie najlepsze drużyny z wysokimi aspiracjami i można było się spodziewać, że mecz będzie wyrównany. Niemniej chyba nikt się nie przewidział, że padnie aż 11 goli, bo przecież z naszą skutecznością bywa różnie. Mecz skończył się w dogrywce dopiero po prawie 76 minutach.

Pierwszy gol gospodarzy był przypadkowy i mógł was załamać...
Jakub WITECKI: - My też zdobyliśmy gola zza bramki, szczęście się wyrównało i było po obu stronach. Podczas meczu nie ma czasu zastanawiać się, w jakich okolicznościach został uzyskany gol, trzeba skupić się na tym co mamy do wykonania. Przebieg spotkania pokazał, że obie drużyny były dobrze do niego przygotowane.

O czym pan pomyślał, gdy przegrywaliście już 1:3?
Jakub WITECKI: - Że gramy dalej i walczymy, taki przyświecał nam cel. Mecz to była wymiana cios za cios, ale początkowo wpadało rywalom. To był trudny mentalnie czas, ale zdobyliśmy kontaktowego gola i znów ruszyliśmy. Niektóre bramki padały w najmniej oczekiwanym momencie. W tym finale było wszystko, co powinno podczas potyczki tej rangi. Taki hokej ogląda się niezwykle przyjemnie.

Tempo meczu było niezwykle wysokie. Czy były obawy, że zabraknie wam sił?
Jakub WITECKI: - Trochę ich brakowało już w dogrywce, która była rozgrywana w nowej formule (IV tercja będzie obowiązywała w finale play offu - przyp. red.). Szczęście było po naszej stronie. Urwaliśmy się z kontrą i Michael Cichy nie zmarnował dogodnej okazji. Puchar jedzie ponownie do Tychów!

W turnieju dwa razy z rzędu zdobył pan MVP. To były pana najlepsze występy w tym sezonie?
Jakub WITECKI: - Nie mnie oceniać. Najważniejsze, że moja gra się podoba i przynosi efekty. Staram się wypełniać zadania nakreślone przez trenera. Każdy ma swój czas, może właśnie nadszedł dobry dla mnie. I niech trwa jak najdłużej.

Może pan zdradzić tajemnicę tej wysokiej formy?
Jakub WITECKI: - Przed sezonem miałem kontuzję i nie trenowałem z zespołem (śmiech). Wszystko nadrabiałem zajęciami indywidualnymi. Cieszę się, że nie zmarnowałem czasu. Staram się pomagać zespołowi, ale bez niego trudno byłoby o indywidualne wyróżnienia.

Utarło się przekonanie, że kto zdobywa Puchar, ten przegrywa mistrzostwo Polski. Co pan na to?
Jakub WITECKI: - Ani krzty nie wierzymy w takie reguły. Zdobyliśmy puchar, po raz ósmy, przypomnę nieskromnie. A teraz skupiamy się na tym, co najważniejsze i czego oczekują od nas nasi kibice.

 

Z tej samej kategorii