Półfinał po karnych

GKS Tychy po raz 8. znalazł się w finale, a jeszcze nigdy decydującego meczu nie przegrali... Czy ta historia będzie miała ciąg dalszy?

GKS Tychy - JKH GKS Jastrzębie
 fot. Michał Chwieduk  /  źródło: 400mm

Spore napięcie towarzyszyło trenerom obu drużyn na długo przed pierwszym gwizdkiem półfinałowego meczu pomiędzy GKS-em Tychy i JKH GKS-em Jastrzębie w półfinale XX Lotto Pucharu Polski. Andrej Gusow, szkoleniowiec tyszan, krążył wokół lodowiska, by uspokoić skołatane nerwy. Zagadnięty, jak będzie wyglądał mecz, jedynie wzruszył ramionami i kurtuazyjnie rzekł: zobaczymy. Z kolei Robert Kalaber nigdy nie owijał w bawełnę i zawsze mówił co mu leżało na sercu. - Teoretycznie jesteśmy słabszą drużyną, ale jeżeli zagramy zdyscyplinowanie taktycznie, to wcale nie stoimy na straconej pozycji - uśmiechnął się trener jastrzębian. I miał rację, bo o wszystkim zadecydowały karne, a jego podopiecznym do pełni szczęścia niewiele brakowało...

Najmniejsza kara
Hokeiści z Jastrzębia wyjechali na taflę zmotywowani, ale chyba z mniejszym balastem niż ich bardziej utytułowani rywale z Tychów. Odnieśliśmy wrażenie, że wicemistrzowie kraju błądzą myślami przy świątecznym stole, bo zaprezentowali w pierwszej odsłonie słabo. Już w 58 sek. sędziowie odgwizdali tyszanom karę techniczną za nadmierną ilość zawodników na tafli. I hokeiści z Jastrzębia od razu przystąpili do szukania swojej szansy. Niewiele czasu było potrzeba, bo Leszek Laszkiewicz podał do Richarda Bordowskiego, a ten precyzyjnym strzałem po raz pierwszy pokonał Johna Murraya. Wydawało się, że stracona bramka podziała mobilizująco na tyszan. Nic z tego, grali ciągle niemrawo, przede wszystkim za wolno gdy mieli liczebną przewagę. W najmniej oczekiwanym momencie zostali znów skarceni przez rywali. Martin Vozdecky bezkarnie wjechał do tercji tyszan i świetnie,a przede wszystkim mocno uderzył po lodzie i Murray nie miał nic do powiedzenia. To była najmniejsza kara jaka mogła spotkać tyszan za grę jaką zaprezentowali w pierwszych 20 minutach.

Gorąco w szatni
Podczas przerwy w szatni GKS-u musiały być grzmoty i mocne słowa, bo tyszanie od pierwszej chwili ruszyli do przodu, acz znów nie ustrzegli się błędu. Kamil Kalinowski szybko powędrował na ławkę kar i trzeba było się bronić, by nie stracić kolejnego gola, który być może byłoby rozstrzygający. W 25 min w końcu „eksportowy” atak za sprawą Michaela Cichego przeprowadził kontrę i Kristofer Kolanos dostawił kij, ale Fuczik był czujny i w ostatniej chwili dojrzał krążek. Jednak gdy do boksu kar powędrował Krzysztof Bryk (kuzyn Mateusza, grającego teraz w GKS-ie), wreszcie zatliła się iskierka nadziei dla tyszan. W końcu Jakub Witecki posłał krążek do siatki i przewaga wicemistrzów Polski jeszcze bardziej się zwiększyła. W 33:02 min doszło do podwójnego wykluczenia. Najpierw Vozdecky podciął rywala w jego strefie obronnej, zaś Ivan Jankovic rzucił Adama Bagińskiego na bandę. Dla tyszan wytworzyła się komfortowa sytuacja, bo grali przez 2 min w podwójnej przewadze. Trener Kalaber po chwili gry wziął czas i przypomniał zawodnikom o zasadach, jakie obowiązują w takiej sytuacji. Jastrzębianie wykonali kawał dobrej roboty w defensywie i przetrzymali osłabienie. W 38 min Witecki miał okazję doprowadzić do remisu, ale tym razem minimalnie chybił.
Dogrywka i karne
Ostatnia odsłona zaczęła się znów od kary tyszan. Po raz drugi w podobnych okolicznościach w boksie kar znalazł się Kalinowski. Jednak jastrzębianie już nie starali się z furią atakować, by przypadkiem nie zostać skontrowanym. Przewaga tyszan nie podlegała żadnej dyskusji i jedyną zagadką było czy i kiedy padnie gol. W 48 min Witecki w podobnych okolicznościach, co za pierwszym razem, zdobył wyrównanie i w tym momencie zapachniało dogrywką. GKS Tychy posiadał przewagę, ale jej nie wykorzystał. Zarządzono 10-minutową dogrywkę (jak w play offie) 4 na 4, a w niej było więcej czarowania niż gry. Na 18 sek. przed końcem Leszek Laszkiewicz znalazł się w świetnej sytuacji, Murray zszedł do parteru, ale krążek minął bramkę. A o wszystkim decydowały karne. W serii 5 najazdów lepsi okazali się tyszanie, bo do bramki trafiali Cichy oraz Rzeszutko spudłowali: Kalinowski i Witecki. W zespole jastrzębskim Murraya nie zdołali pokonać: Bordowski, Kubesz, Laszkiewicz oraz Vozdecky.
Hokeistom Jastrzębia należą się brawa za dyscyplinę taktyczną i walkę do końca. Hokeiści z Tychów po raz 8. znaleźli się w finale i jeszcze nigdy nie przegrali. Czy ta historia będzie miała ciąg dalszy?... O tym przekonamy się dzisiaj, zaś początek finałowej potyczki o 17.30.

 

GKS TYCHY - JKH GKS JASTRZĘBIE 3:2 (0:2, 1:0, 1:0, 0:0) po karnych 2-0
0:1 - Bordowski - Laszkiewicz (1:21, w przewadze), 0:2 - Vozdecky (11:47), 1:2 - Witecki - Galant - Kaznadziej (28:05, w przewadze), 2:2 - Witecki - Kalinowski (47:12), 3:2 - Cichy (karny).
Sędziowali: Przemyslaw Kępa (Nowy Targ) i Tomasz Radzik (Krynica) - Paweł Kosidło (Kraków) i Rafał Noworyta (Nowy Targ). [Widzów] 600.
TYCHY: Murray; Pociecha - Ciura, M. Bryk - Górny, Kaznadziej (2) - Kolarz, Gazda - Kotlorz; Witecki - Kalinowski (4) - Galant, Gościński - Rzeszutko - Bagiński, Szczechura - Cichy - Kolanos, Kogut - Komorski - Jeziorski. Trener Andriej GUSOW.
JASTRZĘBIE: Fuczik; Kubesz - Jankovic (2+10), Homer - Lukaczik, Gimiński - Bigos (2), Michałowski; Vozdecky (2) - Paś - Laszkiewicz, K. Bryk (2) - Kulas - Bordowski, R. Nalewajka - Wróbel - Ł. Nalewajka, Pelaczyk - Jarosz - Świerski (4), Matusik. Trener Robert KALABER.
Kary: Tychy - 8 (2 tech.) min, Jastrzębie - 22 (10 niesport. zach.) min.
 

Liczby meczu
23 - zaledwie tyle sek. kary technicznej upłynęło gdy jastrzębianie zdobyli prowadzenie.
26 - urodziny obchodził Filip Komorski i koledzy mu sprawili prezent.
27 - zaledwie tyle sek. było do końca kary K. Bryka, gdy Witecki wyrównał.
32 - tyle strzałów oddali goście na bramkę Murraya.
37 - tyle razy tyszanie zatrudniali Fuczika.

 

Z tej samej kategorii