Pół miliona złotych premii dla tyszan po mistrzostwie!

GKS Tychy - Comarch Cracovia
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

W finale trzeba zostawić serce na lodzie, by sięgnąć po złoto. My je zostawimy – deklaruje tyski napastnik Filip Komorski. - Na ten dzień czekałem z chwilą zakończenia poprzedniego finału i, na szczęście, jestem zdrowy oraz gotowy do starcia z rywalami - mówi kapitan GKS Tychy, Michał Kotlorz. Teraz tyszan interesuje tylko mistrzostwo, ale przecież rywale z Krakowa myślą o tym samym.

Na ten dzień czekałem z chwilą zakończenia poprzedniego finału i, na szczęście, jestem zdrowy oraz gotowy do starcia z rywalami - mówi kapitan GKS Tychy, Michał Kotlorz. A jego koledzy kiwają głowami na znak aprobaty. Kotlorz i jego kumple po zakończeniu poprzedniego sezonu nie kryli rozczarowania porażką i zdobyciem kolejnego srebrnego medalu. Teraz tyszan interesuje tylko mistrzostwo, ale przecież rywale z Krakowa myślą o tym samym.

 

Mamy „wytrych”
Gdy zaczynał się sezon, tyscy hokeiści deklarowali, że po części zasadniczej muszą zająć pierwszą lokatę. Nie było to łatwe, bo w ciągu sezonu były różne zawirowania, ale wszystko skończyło się zgodnie z planem.
- Cieszymy się z osiągnięcia tego celu, ale już o tym zapominamy, bo teraz jest zupełnie inne rozdanie. Zaczynamy finałową rywalizację u siebie i to jest nasz atut, ale trzeba go jeszcze wykorzystać. Mamy "wytrych", czyli dwa mecze na własnym lodzie. Trzeba mieć mocne otwarcie, tak by rywalom odebrać trochę ochoty do gry w kolejnych potyczkach. Zdajemy sobie sprawę z tego co nas czeka. Na pewno nie będzie 4:0 lub 0:4, bo taki scenariusz z góry odrzucam - uśmiecha się tyski napastnik Filip Komorski, który zaliczył przyspieszony kurs leczenia zwichniętego barku po turnieju EIHC w Katowicach. Biorę w ciemno wygraną w 7. spotkaniu, bo i takie rozwiązanie trzeba założyć. Znamy się doskonale i teoretycznie nikt nikogo nie jest w stanie zaskoczyć. Sęk w tym, że sytuacji na lodzie się nie przewidzi, a potem są tylko konsekwencje. Patrzę jednak z optymizmem na tę decydującą rozgrywkę.

 

Polot i finezja
Tychy w ćwierćfinale oraz półfinale wygrały po 4:0 z Tauronem KH GKS Katowice i Tempish Polonią Bytom. Jednak „Pasy” wcale nie były gorsze, bo najpierw pokonały Unię 4:1, a potem TatrySki Podhale 4:0. Przerwa dla jednych i drugich była więc taka sama, ale już pojawiły się głosy, naszym zdaniem słuszne, że w przyszłości terminy meczów o medale powinny być ruchome w zależności od zakończenia półfinałów.
Tyscy hokeiści mieli tydzień temu poniedziałek wolny, a potem już tylko trenowali w siłowni i na lodzie. - To były takie zajęcia niezbyt intensywne zajęcia, by odzyskać polot i finezję - dodaje z uśmiechem „Komora”. - Te dwa elementy będą ważne, bo przecież trzeba czymś niekonwencjonalnym zaskoczyć przeciwników. Jesteśmy też nauczeni smutnym doświadczeniem z poprzedniego sezonu, bo wówczas byliśmy tak „napaleni”, że za wcześnie poczuliśmy się mistrzami. W końcu przegraliśmy i tej rywalizacji nie zapomnę do końca życia. Teraz tonujemy nastroje, wiemy co było w części zasadniczej, ale ten rozdział został zamknięty. W finale trzeba zostawić serce na lodzie, by sięgnąć po złoto. My je zamierzamy zostawić i mówię to z całą odpowiedzialnością, zwłaszcza gdy patrzę na kolegów w szatni - deklaruje na zakończenie tyski napastnik.

 

Co wymyśli Rohaczek?
Dla Rudolfa Rohaczka, trenera Cracovii, to będzie 10. finał play off, a sześć z nich zakończyło się sukcesem. Wielu fachowców - i trudno się z nimi nie zgodzić - przekonuje, że w kolejnym finale Rohaczek znów może zaskoczyć swoich przeciwników.
- Nie wiem czy ktoś może kogoś zaskoczyć - zastanawia się czeski szkoleniowiec. - Dla każdego z nas to będzie niezwykle trudny finał od strony psychologicznej, zwłaszcza mecze w Tychach. Wiemy, co się wydarzyło sezonie, ale my nie żyjemy przeszłością. Chcemy napisać jej kolejną część. Bo Rohaczek jest doświadczonym trenerem i zdaje sobie sprawę, że diabeł tkwi w szczegółach. Jedno potknięcie sprawi, że misternie skonstruowany plan szybko się rozsypie.

 

Tylko spokój
Damian Słaboń, 38-letni napastnik „Pasów”, to chodząca encyklopedia play offów XXI wieku. - Nie wiem czy encyklopedia, ale chyba się kręcę gdzieś około 20-tki - śmieje się „Słaby”. - Natomiast wiem ile razy zwyciężaliśmy z Tychami w finałach przy moim skromnym udziale. Pięć razy graliśmy i pięć razy zwyciężaliśmy. Chyba możemy wygrać po raz szósty i serię podtrzymać. Teraz skupiamy się tylko na pierwszym meczu w Tychach, a potem będą kolejne. Kto jakie ma atuty? Umówmy się: i oni i my mamy po tyle samo.
- Staramy się odizolować od tego zgiełku jaki towarzyszy finałowi, ale presja jest odczuwalna - dodaje kadrowicz, Adam Domogała. - Sfera mentalna będzie odgrywała najważniejszą rolę, bo drużyny są przygotowane pod każdym względem perfekcyjnie. Fizycznie już nic nie można zrobić, a gdybyśmy nawet chcieli coś poprawić, to moglibyśmy coś zepsuć. Taktycznie? W teorii nic nas nie może zaskoczyć, ale praktyka dopiero pokaże...
Szósty finał w wykonaniu obu drużyn. Pora by rolę odwrócić - tak mówią w Tychach. My swoją serię podtrzymamy - odpowiadają pod Wawelem. A jak będzie? Najpóźniej przekonamy się 2 kwietnia, kiedy to zaplanowany jest termin siódmego, rozstrzygającego meczu.


Liczba dnia - 500
tyle tysięcy złotych wynosi premia dla tyszan za zdobycie mistrzostwa Polski!

 

Z tej samej kategorii