Hokeiści Comarch Cracovii delektują się 12. tytułem mistrzowskim!

Damian Słaboń w przyszłości może pełnić rolę wróżbity, bo przepowiedział zwycięski finał! Skoro wygraliśmy 5 razy z GKS-em Tychy to pewnie wygramy szósty raz i będzie po sprawie - śmiał się „Słaby”, jak mówią o nim koledzy, ale wówczas chyba nie przypuszczał, że jego słowa znajdą potwierdzenie w rzeczywistości.

GKS Tychy - Comarch Cracovia Krakow
 fot. Łukasz Sobala  /  źródło: Pressfocus

 Przed decydującymi meczami play offu zadzwoniłem do Damiana Słabonia, jednego z najbardziej doświadczonych hokeistów Comarch Cracovii, który miał już za sobą dziewięć zaliczonych finałów, w tym sześć zwycięskich. - Jak potoczy się rywalizacja między dwoma najlepszymi polskimi drużynami? - zadałem pytanie, a w odpowiedzi usłyszałem: - A ile razy wygrywaliśmy z Tychami w finale? No, pięć razy - skwapliwie przytaknąłem. - To pewnie wygramy szósty raz i będzie po sprawie - śmiał się „Słaby”, jak mówią o nim koledzy, ale wówczas chyba nie przypuszczał, że jego słowa znajdą potwierdzenie w rzeczywistości.
Pół żartem, pół serio
- Powiedziałem tak pół żartem, pół serio, bo wszyscy dookoła mnie pytali o przebieg rywalizacji - tłumaczy już na spokojnie hokeista Comarch Cracovii. - Wszystkie światła były skierowane na naszych rywali, bo oni uchodzili za faworyta tej rywalizacji. Na pewno znaleźli się w trudnej sytuacji, ale i tak przecież prowadzili 3-1. Piąty mecz był kluczowy, bo złamaliśmy ich opór, zatliła się iskierka nadziei i w tym decydującym meczu był już ogień. Czuję się wyczerpany zarówno fizycznie, jak również psychicznie, bo wysiłek był nieprawdopodobny. Przed finałami wiedzieliśmy co nas czeka, ale nie spodziewałem się takich emocji i nieoczekiwanych zwrotów akcji.
Dla Słabonia to siódme złoto, a może pochwalić się też trzema srebrnymi medalami oraz pięcioma brązowymi. Ostatni sukces sprawił, że zapewne myśli o powolnym pożegnaniu został odrzucone. Kolejny występ w prestiżowej Lidze Mistrzów to bodziec, by w tej drużynie pozostać i przygotowywać się do nowego sezonu.
Nieoczekiwany przełom
Kiedy hokeiści GKS-u Tychy prowadzili już 3-1 i potrzebowali tylko jednej wygranej, kibice zastanawiali się gdzie będzie bankiet z okazji mistrzostwa. A tymczasem zamiast fety zaliczono u siebie porażkę 2:4, która miała kluczowe znaczenie dla tej rywalizacji.
- Albo gramy dalej, albo kończymy - tłumaczył trener mistrzów, Rudolf Rohaczek. - Po tej wygranej 4:2 poczuliśmy, że możemy jeszcze coś zwojować. Nie, nawet nie musiałem nikogo mobilizować czy motywować. Sama sytuacja sprawiła, że drużyna pokazała charakter. Wierzyłem, że w siódmym meczu odniesiemy zwycięstwo, ale nie przypuszczałem, że zadecyduje dogrywka. Jednak sezon, w moim mniemaniu, był gorszy niż poprzedni i chyba tylko finały były niezłe, w każdym razie emocjonujące.
W 5. i 6. odsłonie finału kluczowe rolę odegrali dwaj obcokrajowcy: Słowak Tomas Sykora oraz Czech Petr Kalus. Gdy podpisali kontrakty z „Pasami”, nie byliśmy przekonani o słuszności decyzji działaczy. Kalus ma ciekawą przeszłość, łącznie z występami w NHL, w zespołach farmerskich za oceanem oraz w KHL. On i Sykora błysnęli w najważniejszych momentach rywalizacji, zdobywając bardzo istotne bramki. Obaj pewnie będą namawiani, by pozostali w drużynie, bo po przepracowaniu całego okresu przygotowawczego ich wartość pewnie jeszcze wzrośnie.
Pieniądze to nie wszystko
Milion złotych - taką premię otrzymają hokeiści za kolejne mistrzostwo kraju. Profesor Janusz Filipiak szczodrze nagradza za wysiłek w sezonie oraz za wywalczenie prawa gry w Lidze Mistrzów. Z punktu widzenia marketingowego i, rzecz jasna, sportowego to najważniejsza sprawa. „Pasy” już raz miały okazję się pokazać w tych prestiżowych rozgrywkach i wypadły całkiem przyzwoicie. Teraz będzie okazja wystąpić po raz drugi i dla większości zawodników to ogromna nobilitacja.
- To był niezwykle trudny play off i na dodatek okraszony niespodziankami - podkreślał napastnik Filip Drzewiecki. - Detale sprawiły, że mogliśmy się radować i świętować. Gdy się wyjeżdża na lód, nie myśli się o premiach. Staramy się tylko dobrze wykonać swoją pracę. Chciałbym chłopakom z Tychów podziękować za walkę i wszyscy razem wiemy, ile zdrowia zostawiliśmy na lodzie. Pieniądze nie są najważniejsze, acz ważne, bo warto coś odłożyć na sportową emeryturę. Nie, jeszcze o niej nie myślałem - zakończył sympatyczny zawodnik, który niebawem zmieni stan cywilny.
- Kiedy wytworzył się taki, a nie inny układ rywalizacji, to wierzyliśmy, że możemy wygrać na wyjeździe - dodał obrońca Mateusz Rompkowski. - II tercja w decydującym meczu była słabsza w naszym wykonaniu, ale w III wróciliśmy na właściwe tory. Kto jednak będzie o tym pamiętał, skoro jesteśmy mistrzami. W tym ogniu walki stworzyła się drużyna, która, mam nadzieję, przystąpi w komplecie do nowego sezonu.
Dla Comarch Cracovii to 12. tytuł w bogatej historii klubu, zaś 7. trenera Rudolfa Rohaczka, który ma na koncie 3 srebrne oraz 4 brązowe medale. Kto ma Rohaczka, ten ma mistrzostwo - można sparafrazować powiedzenie zaczerpnięte z siatkówki (o Mariuszu Wlazłym). Czeski szkoleniowiec już w trakcie meczów finałowych podpisał nowy kontrakt z klubem do 2020 r., czyli pasmo sukcesów zapewnione...

Z tej samej kategorii