Nieskazitelnie czyste spodenki Cavaniego

W minionym tygodniu odpoczywały ligowe boiska, restaurowały się murawy, pracowali intensywnie klubowi greenkeeperzy. Ożyły za to - za sprawą reprezentacji - wielkie stadiony. Mieliśmy - nie tylko w Polsce - kilka spotkań bardziej z gatunku towarzyskich przymiarek niż wielkich wydarzeń futbolowych. Ale prawie 100 tysięcy na dwóch grach biało-czerwonych „bez stawki” robi wrażenie.

Polska - Urugwaj
 fot. Tomasz Folta  /  źródło: Pressfocus

To liczba nieosiągalna dla wielu krajów z piłkarskiego topu. Ta moda na naszą kadrę jest wspaniała! Nikt przecież nie mógł spodziewać się wspaniałych widowisk. Nie ma tu walki, pressingu, agresji i stawki - a to te elementy gwarantują boiskowe emocje. A jednak kibice zafundowali związkowym księgowym wielką radość: kasa znów się zgadza!

 

Na dowód tego, jak bardzo potyczki takie różnią się od meczów o stawkę, wystarczy przeanalizować grę asa Urugwajczyków, Edinsona Cavaniego. Facet przetruchtał mecz, kończąc go w nieskazitelnie czystych spodenkach. A mam go przed oczami w spotkaniu Ligi Mistrzów, w barwach PSG przeciwko Bayernowi. Gdy się porównuje te dwa występy, zgadza się tylko nazwisko w protokole...

 

Był to też idealny sprawdzian dla debiutantów. Można „przyjmować” piłkę na 2 metry bez ryzyka, że ktoś nam ją zabierze... Można poprawić, rozglądnąć się za partnerem.... Słowem: eldorado dla piłkarskich praktykantów. Nikt nie skracał pola gry, nie „pressował”... Sęk w tym, że czar później natychmiast pryska, gdy przychodzi zagrać o punkty.

 

Inny mecz - już bardziej poważny - rozegraliśmy z Meksykiem. Goście chcieli grać; biegali, walczyli i pokazali nam, że gdy z naszej eksportowej ósemki brakuje sześciu piłkarzy, trudno o sukces. Dlatego silenie się na oceny, czy możemy - i czy umiemy - grać bez Roberta Lewandowskiego, są bezsensowne. Nawet bez tego typu sprawdzianów wiemy, że nie. Znam oczywiście slogan: „nie ma ludzi niezastąpionych”, ale „Lewy” - w obecnym stanie naszego futbolu - przeczy tej teorii.

 

Drugie ważne wydarzenie tygodnia to pożegnanie Artura Boruca. Pięknie wymyślona i zrealizowana uroczystość. Takie zakończenie reprezentacyjnej kariery to marzenie każdego kadrowicza. Mam nadzieję, że stanie się to praktyką, bo wybitnym zawodnikom się to należy, a i dla kibiców to wspaniałe przeżycie. Niepotrzebne były tylko wielkie słowa i oceny kreujące Artura na „bramkarza wszech czasów”. Był fajną, barwną postacią, trzymającą atmosferę w grupie; bohaterem wielu pozaboiskowych anegdot i realnych wydarzeń, które zawsze ubarwiają dyscyplinę. Ale w sferze piłkarskiej nie miał wielkich osiągnięć! Mistrzostwo Szkocji to jednak nie to samo, czego dokonali Józek Młynarczyk, Janek Tomaszewski czy Jerzy Dudek. Wielkość gracza kreują sukcesy międzynarodowe w mistrzostwach świata, Europy i Lidze Mistrzów. A tu Artur nie zapisał kart historii. Był dobrym europejskim bramkarzem - i chwała mu za to. Życzymy mu teraz po zakończeniu kariery klubowej, bliskiego z racji wieku, łagodnego przejścia do nowej roli w futbolu. Dobrze byłoby mu ją znaleźć, bo piłka stałaby się nudna bez takich osobowości, jak on.

 

Do historii naszego futbolu wkroczyli także w minionym tygodniu - najzupełniej niespodziewanie - Farerzy, czyli mieszkańcy Wysp Owczych. Ale nie psujmy sobie humoru - nasza młodzież to temat na głębszą analizę...

Z tej samej kategorii