Na polską nudę najlepszy jest VAR!

W naszej piłce zawsze mamy jakieś problemy, o których dyskutujemy, sprzeczamy się, stawiamy diagnozy, jak rozstrzygnąć sporną kwestię.

Pilka nozna. Ekstraklasa. Legia Warszawa - Bruk-Bet Termalica Nieciecza. 09.12.2017
 fot. Piotr Kucza  /  źródło: 400mm

Gdy chwilowo tematu do rozważań brakuje, to sobie sami go wymyślaliśmy - i już można się było posprzeczać. Żyliśmy więc przez lata „tym złym PZPN-em”, następnie „wojnami futbolowymi” z politykami, potem walką z korupcją. Kiedy nastała „Ekstraklasa”, dyskutowaliśmy o złych prezesach i fatalnych systemach rozgrywek.

 

W końcu jednak życie piłkarskie zaczęło się normalizować; zapanował w nim taki spokój, że mogliśmy skupić się niemal wyłącznie na sukcesach drużyny Adama Nawałki. Słowem - polska nuda. Więc... wymyśliliśmy sobie VAR. Będziemy pierwsi, najszybsi... Mimo różnicy zdań zdecydowaliśmy się na niego - i mamy go. Nawet Zbigniew Boniek, który kiedyś powiadał, że to nie jego bajka, że mamy czas, że popatrzymy, jak to robią inni, radykalnie zmienił zdanie i poszedł w koszty. Zatem - jesteśmy nowocześni.

 

Pierwsze mecze, próby, decyzje, karne z telewizora, centymetrowe spalone i... coraz mniej zadowolenia z tej - chyba nieuchronnej jednak - zmiany. Uczono nas przecież zawsze, że piłka ma być ofensywna. Nie ma ofsajdów na 10 centymetrów, za przypadkowe zagrania ręką karnych się nie dyktuje, pierwszeństwo ma gra do przodu. Tymczasem widzimy coś dokładnie odwrotnego, więc... zaczynamy się - a przynajmniej ja - w tym gubić. Wszystko wygląda trochę jak wirtualna gra w FIFĘ.... Facet biegnie do monitora, przykrywają go folią i nagle... doznaje olśnienia. Sęk w tym, że bardzo często podejmowane w tych okolicznościach decyzje jednak są złe, co udowadniają telewizyjne powtórki. Gubią się w ten sposób autorytety, bo przecież najwięcej błędów przydarzyło się naszemu sędziowskiemu guru, Szymonowi Marciniakowi. Sam się do nich po czasie przyznał, potęgując w ten sposób rozgoryczenie tych, którym zabrał punkty i bramki.

 

Najlepszym - może jedynym! - znawcą tematu jest chyba Łukasz Wachowski, szef całej VAR-owej akcji. Zna przepisy, trendy i tendencje. Ale przecież to wszystko wciąż tylko teoria, przegrywająca z praktyką, za którą stoi - wciąż omylny - człowiek. Sędzia Gil - mój ulubieniec od lat - jak robił „babole” z gwizdkiem, tak i dalej myli się, siedząc w „VAR-obusie”. Liczba błędów rozjemców, omawianych w magazynach piłkarskich po każdej kolejce, wcale nie zmalała. Zwiększyła się natomiast wyraźnie temperatura dyskusji o nich. Przeciwnicy VAR-u mają coraz więcej argumentów, są coraz bardziej agresywni i radykalni w swoich sądach i pomysłach na to, co dalej. A dalej... nikt nie cofnie czasu, czyli wpływu nowych technik na sport. Trzeba to jednak robić wolniej, z rozmysłem. Przygotować się do owych nowinek technicznie i mentalnie, bo te zmiany takiego właśnie podejścia wymagają. Argumenty, że tenis i siatkówka sprawnie posługują się nowoczesnymi technologiami od dawna, są chybione. Tam przecież przeciwników rozdziela siatka, nie ma sytuacji stykowych przy grze „jeden na jeden” - a to ułatwia i upraszcza telewizyjne oceny. Tym samym futbol - raz jeszcze - udowadnia swą złożoność i... wyższość nad innymi dyscyplinami!

 

Właśnie dlatego zmiany ugruntowanych tradycją przepisówi systemów ocen muszą być wprowadzane ze spokojem i umiarem. Nauczyć trzeba sędziów, zawodników, trenerów i - co najważniejsze - kibiców „czym to się je”. Takie przynajmniej założenia przyjęto w innych - również tych najsilniejszych - ligach. W większości z nich VAR-u jeszcze nie ma, Champions League też się bez niego obchodzi. Krótko mówiąc - potęgi futbolowe się nie spieszą z nowinkami. Bo - zwłaszcza w przypadku takich krajów, jak my - spieszyć się trzeba raczej z unowocześnianiem bazy treningowej i systemów nauczania piłki. Bądźmy w tym najszybsi i najlepsi.

Z tej samej kategorii